Powrócić tam – Secret Service (cz.1)

Lato 1993 roku było przyjemne, ponieważ w USA pierwszoligowe hity na pecety produkowały się aż furczało.

Secret Service
Secret Service

Gry zaczynały wreszcie dostarczać to o czym marzyłem, czyli przenosić w wirtualne światy, w których można było przebywać na podobnych warunkach jak w tym rzeczywistym. Już bez udawania, bez niedomagań, zupełnie na serio.

W Polsce ukazywało się Computer Studio, ale był to magazyn zawierający łopatologiczne rozwiązania do gier. Zawsze się zastanawiałem, kim była pisząca tam Patrycja Wardzała – i zresztą nie wiem tego do dziś. Na przeciwnym biegunie konał Top Secret, mimo że chłopaki cały czas świetnie się w nim bawili. Powstawało tylko pytanie: po co, jako czytelnik, mam kupować pismo, w którym są same żarty, zaś gry stanowią jedynie pretekst do nich? Benny’ego Hilla miałem na okrągło w Jedynce, a od pisma o grach oczekiwałem informacji – czego mam szukać na Grzybowskiej, albo jak skończyć daną grę. Borek jest przesympatycznym człowiekiem, Haszak to najbardziej porządny człowiek w branży, z Aleksem napisaliśmy książkę, dlatego trochę niezręcznie jest mi snuć tu jakieś analizy. Top Secret nie do mnie był kierowany i tyle. Jeśli innym się podobał, mi to nie przeszkadza.

Na szczęście pewnego dnia dostałem cynk, że w kioskach szaleje nowe pismo –Secret Service od gości z dawnego Top Secreta.” W tamtym czasie nie była to w moich uszach najlepsza rekomendacja. Pierwsze numery wysmarowano łatwo rozpoznawalną czerwienią, ale albo za bardzo byłem zajęty graniem, albo czytelnicy od razu wykupili je z kiosków, bo nigdzie ich nie wiedziałem.

W każdym razie, redakcja znajdowała się na Wroniej, na której na początku lat 90-tych czuło się klimat międzywojnia. W rozpadającej się kamienicy na parterze mieściły się zabite deskami lokale usługowe i tylko jeden z nich działał. Za szybą paliła się lampka. To był samotny szewc, siedzący z nożem i tubą kleju w dłoniach. Zapamiętałem ten widok na zawsze.

Budynek na Wroniej 35/37  tuż przed wyburzeniem w okolicach 2008 roku. Secret Service rezydował  na pierwszym piętrze. Fot: Piotr Mańkowski
Budynek na Wroniej 35/37 tuż przed wyburzeniem w okolicach 2008 roku. Secret Service rezydował na pierwszym piętrze. Fot: Piotr Mańkowski

Pod numerem 35/37 znajdowała się brama zaopatrzeniowa, którą przywożono papier i farby na rampę w głębi podwórka. Dalszej drogi strzegł szlaban, więc pytam strażnika, gdzie rezydują ci ludzie od gier, w którejś z hal produkcyjnych? „Są na górze” – wskazał znajdującą się obok jednopiętrową murowaną placówkę. Pani sekretarka sprzedała mi cztery pierwsze numery Secret Service. Od samej redakcji tym razem odgrodziły mnie białe drzwi. Po powrocie do domu okazało się, że pismo ma w środku ładne kolory, czcionkę odróżnialną od tła, dobry, bo niezbyt duży format, ale przede wszystkim świetne teksty. W rozwiązaniach do przygodówek podpisanych przez tajemniczego Usera Jamę nie było ani jednego błędu, a poza tym sypały się z nich niesamowite one-linery. Był też wywiad z Piotrem Łukaszukiem oraz zdjęcie Marka Crowe’a z Sierry trzymającego numer SS. Mówiąc krótko, Secret Service zrywał skarpetki ze stóp. Był w tamtym czasie Olimpem pism o grach.

Nie wiedziałem tylko, co mógłbym robić wśród takiej elity. Skrzydeł dodało mi dopiero zakwalifikowanie się na warsztaty literackie do Staromiejskiego Domu Kultury. Wydrukowałem więc rozwiązanie do Return to Zork, zapakowałem je do zapinanej na sznurek teczki i ponownie ruszyłem na Wronią.

Pierwsze spotkanie z Marcinem Przasnyskim i Waldkiem Nowakiem odbyło się w szczęśliwej dla mnie porze. Obaj akurat siedzieli w redakcji, a sekretarki nie było. SS składał się z jednego długiego pokoju w kształcie litery U. Zaraz przy drzwiach, za obszernym biurkiem wylegiwał się Martinez, zaś Pegaz siedział cicho w rogu, po przekątnej od wejścia. Zdaje się, że coś konsumował. Wtedy nie widziałem jeszcze kim oni są. Zdejmuję więc czapkę i mówię, że mam opis gry, a widziałem, że w poprzednich numerach nie pisaliście o niej. Martinez chwycił mój wydruk i zaczął go przeglądać. Facet miał w tamtym czasie szczery uśmiech od ucha do ucha. Z drugiego końca pokoju Pegaz rzucił „I jak tam, da się to czytać?” Martinez na to: „Da, to jest całkiem niezłe”. Pegaz nie odwracając się od monitora powiedział tylko „No to może kolega będzie dla nas pisał?” Zrozumiałem, że oni funkcjonują jak jeden organizm.

Chwilę jeszcze pogadaliśmy, pomogłem Martinezowi przejść scenę z Goblinsów 3, po czym zostałem pożegnany z prośbą, żeby przynieść raz jeszcze ten tekst, tyle że w pliku. Spytano mnie też o ksywkę. Nie miałem żadnej, ale powiedziałem, że się zastanowię. Mój kumpel z piętra, obecnie doktor radiolog z francuskiego miasteczka Valence, który imię z Piotr zmienił na Pierre, mawiał często o sobie Miszczu, co potem uprościł do Micz. Podobało mi się to. Bez jego wiedzy, zapożyczyłem sobie tę lekko autoironiczną ksywkę. Własny pseudonim był podstawą. Sam Martinez funkcjonował najpierw jako Gen, co było skrótem od geniusza. Pegaza wymyślił znany później z SS Andrzej Kisiel. Końcówka Ass powstała od inicjałów znajomej z branży poligraficznej, którymi to literami Waldek podpisywał kolejne wydawnictwa – jako Pegaz A.S.S. od wczesnych lat 80-tych.

Najpierw ukazał się mój mini opis Inca 2, zaś w numerze 11 Secret Service nastąpił atak: cztery dwustronicowe opisy przygodówek. Był początek 1994 roku,  właśnie skończyłem 21 lat, na wydziale matematyki dostawałem niezłe baty, a mimo to byłem szczęśliwym człowiekiem. SS stanowił paczkę kolegów i przyjaciół, teksty pisało się z czystej przyjemności, a że jeszcze płacili 50 złotych za stronę? To już się po prostu nie mieściło w głowie.

Simon the Sorcerer
Simon the Sorcerer

User Jama, podobnie jak ja, przyjeżdżał na kolegia redakcyjne autobusem  numer 155. Mówię mu, że sorry, troszkę tak się wciąłem na twoją działkę. On na to, że nie ma problemu, bo ma teraz inne zajęcia, a poza tym Return to Zork czy Simon the Sorcerer niezbyt mu się podobały. Człowiek, który pisał najlepsze w tamtym czasie opisy gier nie miał nic przeciwko, że zacząłem podkradać jego kawałek chleba! Martinez zwerbował go do SS na targach książki. Znali się z liceum Batorego, do którego zresztą chodzili też Alex z Gawronem, tyle że o klasę niżej.

W redakcji było wiadomo co kto robi. Żadnych kłótni o teksty. Marcin miał taki autorytet, że nikt o nim nie mówił choćby jednego złego słowa za plecami. Gdy przybiegłem kiedyś do redakcji z dyskiem, który mi właśnie padł, wchodził pod biurko, podłączał go i sprawdzał, za wszelką cenę chcąc pomóc. Kiedyś nawet pofatygował się do mnie do domu i przyniósł jakąś grę do opisu. Gdy numer się drukował sto metrów dalej, a akurat byłem w redakcji, nosiłem wraz z innymi paczki do magazynku. Bonus w postaci 140 złotych za dwustronicowy opis Legacy, bo ten był podobnież „mocny”. Odbieranie pożyczonego czytnika CD-ROM z firmy obok Pałacu Kultury. To był wspaniały czas, wraz z którym nadeszło zrozumienie, że nie chcę pracować w banku, tylko grać i pisać.

Ultima VIII: Pagan
Ultima VIII: Pagan

sezon

Cyfrowe Marzenia – przeczytaj historię gier wideo autorstwa Piotra Mańkowskiego.
Sprawdź ofertę w cdp.pl

Zawsze jest też tak, że po pierwszym zauroczeniu przychodzi zimny prysznic. Na mnie coś takiego spadło jesienią 1994 roku, gdy na kolegium omawiany był powakacyjny numer, w którym znajdował się opis Ultima VIII: Pagan. Dowiedziałem się, że do redakcji zgłosił się jakiś anonimowy znawca, który znalazł podobnież błędy w opisie i ogólnie stwierdził, że „Micz się nie zna”. No dobrze, w porządku, ale czemu nie mówicie mi tego na osobności, tylko przy wszystkich? Teraz oczywiście wiem, że to najbardziej klasyczna metoda rozgrywania ludzi, błyskawicznie studząca sodówkę i pozwalająca delikwenta spoziomować. Wtedy odebrałem to jako czyszczenie pola dla Gulasha i jego Kornerów oraz rozpychającego się w redakcji jednorocznego faworyta o ksywce Kochaś, o którym pewnie nigdy nie słyszeliście. No cóż, takie życie, dla każdego musi być stosowne miejsce w szeregu.

Zima 1994 roku była muzycznie beznajdziejnym okresem, bo co drugi przebój lansowało Ace of Base. Za to w redakcji SS wciąż jeszcze panował względny mir. Dwóch chłopaków ze zwyczajnych rodzin wyprodukowało własnymi rękami najlepsze w Polsce pismo o grach. Robili co chcieli, zawsze płacili na czas, posiadali dostęp do wszystkich najnowszych gier. Wkrótce mieliśmy jako pierwsza redakcja z Polski wyjechać całą grupą na zagraniczne targi gier do Londynu. Rozpad przyjaźni, zaufania i tego wszystkiego co powodowało, że Secret Service czytało 150 tysięcy ludzi, nastąpił dopiero dwa lata później.

Następna część cyklu —>