„Opowiadanie o Gamedecu stworzyłem inspirując się doniesieniami o powstającym wówczas World of Warcraft”

Pierwsza część wywiadu z Marcinem Przybyłkiem, w której rozmawiamy o tym kim jest, dlaczego tworzy pod pseudonimem oraz jakie książki, filmy i przede wszystkim gry wideo go inspirowały.

Marcin Przybyłek

Marcin Przybyłek
(foto Krzysztof Ożóg)

Przygotujcie sobie duży kubek ulubionej kawy lub herbaty, bo czeka tu na was do przeczytania sporych rozmiarów tekst. Jestem jednak przekonany, że Martin Ann Drimm odpłaci się wam niezwykle ciekawymi spostrzeżeniami na temat gier, literatury, science fiction i… filozofii za poświęcony mu czas.

M.D.: Na swojej stronie oficjalnej piszesz, że od dziecka chciałeś zostać pisarzem, ale rodzina miała trochę inne plany. Koloryzujesz, czy naprawdę tak wcześnie zrodził ci się w głowie taki plan?

M.P.: Pisarze lubią koloryzować, co? Tak, znam takich, Ty pewnie też. Pamiętam opowieść Andrzeja Sapkowskiego, w której zarzekał się, że zasnął na stojąco, a potem, gdy się obudził, postanowił wstać, wskutek czego upadł.

Nie, nie koloryzuję. Przynajmniej staram się tego nie robić, bo wiem, że mam lekką skłonność do przesady. Odkąd pamiętam, byłem, jakby to określić, nadwrażliwy wyobrażeniowo. Marzenia o przygodach w kosmosie były, w okresie mojej decyzji odnośnie pisarstwa, związane z wielkim kolorowym plakatem przedstawiającym Mirosława Hermaszewskiego i Piotra Klimuka. Wisiała ta płachta w maleńkim pokoju, gdzie spędzałem dzieciństwo i młodość (gdy robiłem pompki, nogi wystawały do tak zwanego dużego pokoju), a ja nie mogłem się wyzwolić z obsesji próżniowych podróży. Nie „gwiezdnych podróży”, jakbyśmy powiedzieli dzisiaj za sprawą George’a Lucasa, ale właśnie próżniowych, kosmicznych. Pamiętam, że określenie „Gwiezdne Wojny”, zwłaszcza termin „gwiezdne”, było dla mojego ucha i oka bardzo niezgrabne w czasie, gdy miała miejsce premiera Nowej nadziei (który to film oczywiście tak się wtedy nie nazywał).

W kosmosie gwiazdy są rozsiane niezwykle rzadko, rozumowałem, dlaczego więc „gwiezdne” a nie „próżniowe” czy „kosmiczne”? Kto bije się na powierzchniach gwiazd? Termin, jak wiele innych dziwacznych określeń (vide „rzeczywistości wirtualne”, czyli tłumacząc dosłownie „rzeczywistości rzeczywiste”) się przyjął i teraz lata się „do gwiazd”. A ja chciałem latać „w próżnię”, ewentualnie „do planet”, czy po prostu „w kosmos”, z całą pewnością jednak nie do gwiazd. Chciałem, ale droga, by te marzenia urzeczywistnić, jak mi uświadomił ojciec, nie była wcale prosta. „Najpierw, synu, musisz zostać pilotem wojskowym”, mawiał. „Dopiero potem będziesz miał szansę stać się kosmonautą” (wtedy nie mówiło się „astronauta” czy „taikonauta”). Twórca moich dni stał na dość mocno ufortyfikowanym stanowisku, że robota pilota wojskowego jest niebezpieczna i to nie z tego względu, że może on zginąć, ale przeciwnie – odebrać życie innemu człowiekowi tylko dlatego, że otrzymał „rozkaz”. Ojciec wielokrotnie przekonywał, że pilot wojskowy powinien kilka razy zobaczyć rozszarpane ciało „wrogiego” lotnika, rozszarpane oczywiście przez jego pociski, żeby uświadomić sobie, co wyczynia, gdy wygrywa „pojedynek w przestworzach”. Jego argumenty były dość celne nawet dla mojego małego umysłu, mimo to wciąż myślałem o szkole lotniczej.

MiG-21

MiG-21 (źródło: Wikipedia)

Wizje te jednak były coraz odleglejsze. Wojsko? Migi 21? Jakoś to wszystko brzmiało obco. Migi nie chciały wyglądać jak kosmiczne myśliwce, a szkoła lotnicza w Dęblinie nijak nie przypominała kosmodromu. Nie wiem, ile miałem wtedy dokładnie lat. Hermaszewski poleciał w kosmos w roku 1978, czyli skończyłem pierwszą dekadę. Pamiętam ten swój mały pokoik, książki, wielki magnetofon szpulowy i ciszę, bo rodzice gdzieś poszli. I pamiętam gorycz, jaka mnie zalała, gdy zrozumiałem, że nie będę nigdy kosmonautą, bo ojciec nie zgodzi się na szkołę lotniczą, ja sam także nie jestem jej pewien, i że wszystko to tylko mrzonki. Pamiętam zrozumienie, że urodziłem się za wcześnie (w tym czasie czytałem „Obłok Magellana” i „Eden” Lema) i jedyne, co mogę zrobić w trakcie swojego życia, to pokręcić się po orbicie, a to za mało, za mało, za mało! I pamiętam płacz w tym pustym mieszkaniu, płacz, w którym szukałem dla siebie ratunku, ratunku dla własnego życia, pamiętam świadomość, że moje marzenia rozerwą mnie od środka, jeśli nie znajdę dla nich ujścia. Rozumiesz? Dla dziecka, dla młodego człowieka, dla niektórych dorosłych także, marzenia są tlenem, który pozwala żyć, a gdy je odebrać, to jak stłumić bicie serca i zabić. W tym płaczu odnalazłem drogę, pewnie dzięki Stanisławowi Lemowi. Pomyślałem z wielką mocą dziecięcego serca, że jeśli nie będę mógł latać, niech będzie, „do gwiazd”, to będę o tym pisał książki. Ta droga była możliwa do zrealizowania. W ten sposób mogłem w jakiś sposób urzeczywistnić pragnienie przygód.

Nie jest to w żaden sposób podkolorowana opowieść. Tak było. Oczywiście potem poszedłem do szkoły średniej, a następnie na studia medyczne (nie był to mój wybór) i dopiero w tym okresie wziąłem się do pisania bardziej serio. Przedtem – nie wiem, dlaczego – jakoś mniej się tym zajmowałem. Może przyczyną była moja kochliwość, może po prostu obowiązki szkolne. Tak czy owak do studiów realizowałem swoją pisarską pasję, głównie pisząc wypracowania z języka polskiego, z reguły dostając za nie tróje, bo niezależnie od tego, czy prawiłem o Mickiewiczu czy Prusie, zawsze przerabiałem rozprawkę na opowiadanie s-f.

GamedecMAXTAPETA1600x900 - Tomasz Maroński

Warsaw City

M.D.: Skąd u Ciebie zainteresowanie akurat fantastyką i sci-fi? Jakie są Twoje ulubione książki i filmy z tego gatunku? Które stanowiły największe inspiracje dla powstania Gamedeca i które poleciłbyś swoim fanom?

M.P.: I znowu wracamy do dzieciństwa. W tamtych czasach w zasadzie nie było fantasy. Przypomnij mi, żebym napisał, jak odbierałem swoje pierwsze spotkania z Conanem czy Frodem, to Ci opowiem. Fantastyką było science fiction. Nie było innej fantastyki. Ale po kolei.

Jak mówiłem, zawsze byłem nadwrażliwy wyobrażeniowo. Chadzałem z wielką pasją do kina „Narew”, jedynego takiego przybytku w rodzinnym Pułtusku, na wszystkie fantastyczne filmy, jakie można było w ogóle obejrzeć. Pamiętam dzień, w którym byłem na tyle duży, by pójść do kina samemu. Pamiętam, jak oceniałem swój wzrost i rozwój fizyczny po tym, jak skracał się czas biegu do kina (byłem człowiekiem bardzo energicznym i w zasadzie nie chodziłem, tylko biegałem). Zatem zaliczyłem wszelkie możliwe Godzille, Gwiezdne Wojny, E.T., Bliskie Spotkania, Odmienne stany świadomości, you name it, co było, to oglądałem. Skutki były dla mojej wyobraźni dewastujące. Nie mogłem się po tych filmach pozbierać. Rzeczywistość wydawała mi się tak brzydka, tak pusta, tak szara, że wpadałem w stany depresyjne. Oczywiście nie jakieś kliniczne, rodzice nie wozili mnie do lekarzy, ale fakt faktem, czułem się podle, pisałem jakieś poronione pamiętniki, gdzie starałem się zawrzeć rozczarowanie, przygnębienie tym, co otacza mnie dookoła. Oczywiście logicznym ratunkiem dla kogoś niezadowolonego z „tu i teraz” jest „tam i kiedyś”, najlepiej w przód, ku rozwojowi, wynalazkom, życiu piękniejszemu, oferującemu więcej możliwości. To jest oczywiście s-f.

Pamiętać należy, że wychowałem się w PRL, gdzie był łatwy dostęp do literatury rosyjskiej, także do rosyjskich pism (na przykład wydawanego na kredowym papierze Sputnika, kolorowego, bardzo atrakcyjnego wizualnie periodyku). Jak wspomniałem, w owym czasie powszechne były praktycznie wyłącznie wizje sf i to pogodne, wieszczące rozwój rodzaju ludzkiego, podbój systemów planetarnych, wizje, gdzie technologia służy człowiekowi. Gdy teraz o tym myślę, mam wrażenie, że w jakiś sposób te świetlane zabawy futurologiczne wciąż we mnie siedzą.

Bliskie

Bliskie spotkania trzeciego stopnia (1977)

Uwielbiam fantastykę naukową, zwłaszcza jej stronę wizualną – wielkie miasta, stacje kosmiczne, loty międzyplanetarne i międzygalaktyczne, chciałbym żyć w takich czasach. Nic więc dziwnego, że takie rzeczywistości opisuję.

Co do ulubionych książek… Wielkimi nauczycielami pisania sag byli w moim przypadku z pewnością Frank Herbert, Andrzej Sapkowski i James White.

Pierwszy stworzył oczywiście cykl „Diuna”, który fascynował mnie i upajał, ale i uczył. Zaobserwowałem, że im dalszą przyszłość opisuje Herbert, tym jest ona smutniejsza, bardziej pusta, odległa i zimna. Postanowiłem, że jeśli sam będę pisał sagę s-f, im dalej w przyszłość się posunę, tym będzie barwniejsza, bogatsza i ciekawsza. Nie lubię smutku.

Sapkowski stworzył wiadomo co, nie wypada na łamach portalu cdp.pl tłumaczyć podstawowych spraw. I on także wielu rzeczy mnie nauczył, zarówno pozytywnych (odpowiadających na pytanie „co robić?”), jak i negatywnych (odpowiadających na pytanie „czego unikać?”). Jeśli chodzi o kwestię pierwszą, zastanowiło mnie, jak czasami opisywał walki – ustami osób trzecich. Z jednej strony mnie to drażniło, z drugiej pokazywało, jak można ominąć przymus generowania dość schematycznych opisów. Sam nigdy nie zastosowałem tej wolty, ale, mam wrażenie, że jednak czegoś mnie ten zabieg nauczył. Podziwiałem konstrukcję narracji Andrzeja, nieco zbyt skomplikowaną, jak na mój gust, ale zawsze klarowną. To, co mi się nie podobało, jest oczywiste – nadobecność postaci drugo- i trzecioplanowych oraz niedoobecność Geralta. Wtedy powiedziałem sobie, że jeśli napiszę sagę, to bohatera głównego musi być w sam raz. Lepiej trochę za dużo niż trochę za mało. No i uznałem, że nie będę tracił czasu czytelnika na kreowanie drażniących antybohaterów (nigdy nie lubiłem Ciri) i nie będę opisywał psychopatycznych bab, bo po co?

wiedzmin_2

Wiadomo jaka postać, stworzona przez Sapkowskiego 😉

Trzecim mistrzem był James White, który zrobił rzecz arcyludzką, czyli stworzył potężny cykl o kosmicznym szpitalu. Był to mój nauczyciel humanizmu w fantastyce. Bohater, doktor Conoway, nie jest mesjaszem Fremenów ani zabójcą potworów skamlącym, że nie ma uczuć (co jest wewnętrznie sprzeczne, ale to wie każdy miłośnik Wiedźmina), lecz lekarzem, który postanowił pracować w tytułowym szpitalu kosmicznym, gdzie kuruje się przedstawicieli ras wszelakich, znanych i nieznanych. Saga White’a jest fenomenalnym zbiorem zarówno nowel jak i powieści, gdzie zawsze jest zagadka, zawsze jest fantastyczny motyw ludzki tudzież emocjonalny no i praktycznie nieobecni są idioci / psychopaci, co bardzo dobrze świadczy o warsztacie White’a, bo doprawdy nie ma łatwiejszego wybiegu pisarskiego od stworzenia kilku czarnych charakterów, którzy generują motywację dla bohaterów pozytywnych, a gdy dodamy jeszcze kilka osób, którym zdarzy się popełnić jakieś głupstwo, fabułę mamy z głowy – protagonista łata błędy głuptaków i szkody psycholi, proste jak drut. White tego, jako się rzekło, nie robi. Od niego nauczyłem się, że zagadka, zwłaszcza dobrze skonstruowana, daje wielką przyjemność z lektury, a treść bogata w humanistyczne treści potrafi być zajmująca i wzbogacająca wewnętrznie. Dowiedziałem się także, że mnożenie opowiadań i powieści opartych na jednym schemacie i ujętych w jednym środowisku po pewnym czasie zaczyna nużyć, więc postanowiłem, że jeśli sam napiszę sagę s-f, środowisko będę zmieniał, a bohatera rozwijał szybciej niż czynił to White z Conowayem.

Wiesz, gdy o tym myślę, nabieram przekonania, że dla pisarza zaopatrzonego w odpowiednią dozę wrażliwości, inspiracją może i jest wszystko. Rozmowy, widoki, podróże, filmy, gry, wszystko. Gdziekolwiek nie sięgnę pamięcią, widzę inspirację, więc może nie będę wymieniał wszystkiego, bo wyjdzie z tego wywiadu epopeja.

Może dorzucę tylko Lema. Eden, Powrót z gwiazd, Obłok Magellana, Opowieści o pilocie Pirxie, Cyberiada, Bajki robotów były pierwszymi książkami s-f jakie przeczytałem. Cudowny warsztat (czego wtedy zapewne nie doceniałem), poważne podejście do fantastyki, rzetelnie przedstawione przygody bohaterów (rzetelnie, czyli logicznie, bez słabych miejsc, od których roi się na przykład w telewizyjnej Grze o tron). Pamiętam kluczowe, jak się wydaje, opowiadanie o Ijonie Tichym, w którym bohater spotyka profesora czy doktora Corcorana. Szalony naukowiec więzi w skrzyniach mózgi, którym się wydaje, że żyją normalnym życiem, tymczasem jest to tylko symulacja. Mam wrażenie, że tekst ten i dyskusje moich rodziców i ich znajomych na jego temat, stały się najważniejszą inspiracją jeśli chodzi o Gamedeca. Spore też zamieszanie w moim umyśle wywołały historie Trurla i Klapaucjusza, bo pokazały, że roboty i całe robocie cywilizacje mogą funkcjonować tak, jak organizmy żywe. To było z pewnością pobudzające. Lem, oprócz tych rzeczy, nauczył mnie także, a jakże, czego unikać: dłużyzn, niezrozumiałych i niepotrzebnych opisów, popisywania się – powieść nie jest od tego, żeby wrzucać w nią kilkustronicowe fajerwerki stylu (vide Wizja lokalna). Nie ma pisarzy doskonałych.

Diuna

Film Diuna (1984)

Czy poleciłbym Diunę czytelnikom? Nie mam pojęcia. Podobała mi się dawno temu, ale czy przeczytałbym ją teraz? Niewątpliwie urzekła mnie wizja dokładna i spójna, zachwycił słownik (to dzięki Herbertowi sam także tworzę słowniki i to większe, obszerniejsze od diunowych), więc może raczej poleciłbym. To kamień milowy fantastyki. Ale tylko pierwszy i drugi tom (który miał być częścią pierwszego, ale coś tam z tym Herbertowi nie wyszło, nie pamiętam, co). Mesjasz Diuny jest doskonałym dopełnieniem tej opowieści. Dalej, mam wrażenie, robi się mniej ciekawie.

Czy poleciłbym Wiedźmina? To pytanie pozostawię bez odpowiedzi, bo jest zbędna. No dobrze, odpowiem – tak. Ale nie bezkrytycznie. Przede wszystkim, drogie dzieci, pamiętajcie, że jazda na łyżwach to bardzo hałaśliwa sprawa, więc paskudna Ciri nie mogła cichaczem pokaleczyć swoich przeciwników, bo wbrew temu, co pisze autor, doskonale słyszeliby, skąd nadjeżdża, a rozwiązanie deux ex machina w postaci nomen omen Dzikiego Gonu ratującego dziewczynę z opresji, to zabieg (nie jedyny taki u Sapkowskiego) poniżej jego umiejętności, z czym z całą pewnością krytykowany przeze mnie wieszcz się zgodzi.

Czy poleciłbym Szpital kosmiczny? I znowu nie wiem. Pierwszy tom – na pewno, choćby po to, by czytelnik zobaczył, jak można pisać doskonałą fantastykę, gdzie nie pada ani jeden strzał, a jeśli płynie krew lub inna tkanka płynna, to z tego powodu, że życie się ratuje, a nie odbiera. Jest to opowieść o męstwie ocalania istnień, a nie ich tratowania.

Marcin Przybyłek

Marcin Przybyłek
(foto Krzysztof Ożóg)

Czy poleciłbym Lema? Tak, ale nie wszystko. Z pewnością Powrót z gwiazd, Bajki robotów, Cyberiadę… co do reszty tekstów – nie wiem, czy się nie zestarzały, tak czy owak tego pisarza warto czytać choćby ze względu na jego styl (a innych nie warto – z tego samego powodu). Styl naprawdę można sobie zepsuć sięgając po marną literaturę. Co by nie mówić, był to mistrz słowa, prawdziwy mistrz, w którego rękach słowo ożywało, fraza mieniła się, Lem kształtował przekaz, jak chciał, zupełnie jakby litery były plastyczne, a on, niczym garncarz, ugniatał tę glinę zgodnie ze swoją wolą. Nie był niewolnikiem słowa, tak jak ja, który od czasu do czasu zmagam się z tą materią, by wyrazić to, co chcę.

Co do filmów – może krócej, bo zanudzę czytelników na śmierć (siebie nie – człowiek nie jest w stanie mówić na tematy dla siebie nieciekawe, prawda?).

Gwiezdne Wojny. Do dzisiaj pamiętam, jak wybiegliśmy z przyjaciółmi z kina („Narew”), chwyciliśmy kawałki patyków i udawaliśmy, że jesteśmy Hanem Solo, Lukiem Skywalkerem et consortes. Pogodne, słoneczne wizje zawarte w tej sadze stanowią dla mnie potężny punkt odniesienia. Kocham Gwiezdne Wojny.

Blade Runner – fantastyczna wizja megapolii, samotnego detektywa, zagadki. Widok budynku Tyrell Corporation, zamglonego powietrza, smug pojazdów mijających brykę prowadzoną przez Gaffa nie dawał mi spać nocą. Naprawdę.

Chyba nie muszę mówić, że polecam te filmy, bo kto ich nie zna?

Space

Warhammer 40,000: Space Marine

Stosunkowo świeżą inspiracją jest świat Warhammer 40 000. Poznałem go niecałe dziesięć lat temu, nie wiem dokładnie kiedy. Stało się to dzięki Andrzejowi Jarocie, mojemu przyjacielowi, który razem z synem stworzył potężne figurkowe armie w tym systemie (ojciec Dark Angels, syn Tau, ale nie pamiętam, którą frakcję). Andrzej pisze mało znane, ale zabawne książki opisujące ten świat. Nie ma licencji, więc trochę zmienia uniwersum, ale znawca bez trudu rozpozna, co jest czym. Zdaje się, że niedługo potem, gdy zobaczyłem hufce jego i latorośli, wyszła gra Dawn of War. Wtedy akurat zadzwonił do mnie inny przyjaciel, Norbert Dąbrowski (swoisty pierwowzór Laursa Wilehada w Gamedecu i Stacha Bukowskiego w CEO Slayerze). Zaproponował, byśmy starli się na polach RTS-a Bitwa o Śródziemie. „Nie”, opowiedziałem, „Powalczmy w Dawn of War”. I wtedy się zaczęło. Norbert, przedtem wielki wielbiciel Gwiezdnych Wojen, po tym, jak dostał ode mnie kilka razy bęcki, nie tylko rzucił się w wir nauki tej niełatwej gry, ale pożarł też wiele warhammerowskich książek, a potem zaraził nimi mnie. I wtedy doceniłem nie tylko graficzny rozmach tego świata, ale również niezwykłą złożoność konstrukcji Imperium Człowieka. To fenomenalna wizja. Doceniam zwłaszcza kompleksowe spojrzenie Bena Countera (cykl Soul Drinkers i Grey Knights), twórcze rozwiązania Barringtona Bayleya (Oko terroru) i oczywiście Williama Kinga / Lee Lightnera, którzy w cyklu o Ragnarze Blackmanie wspięli się na wyżyny epickości.

Wyraźne wpływy tego uniwersum widać zwłaszcza w tomie Gamedeca pt. Czas silnych istot, ale, mam nadzieję, nie są to zbyt oczywiste nawiązania. Zresztą baczną straż nad wyrazistością i oryginalnością GamedecVerse trzymał wówczas redaktor tej książki, wielki fan Gamedeca, Krzysztof Ożóg. O, ładnych kilka razy przypomniał mi o chwale GamedecVerse i odwodził od kalkowania Warhammera. Tak czy owak przeciwników zbyt intensywnych powiązań z tym dominium pragnę uspokoić – Obrazki z Imperium, najnowszy tom sagi o Torkilu, nad którym obecnie pracuję, nie będzie już inspirowany tym światem. To zupełnie inna, rozwinięta rzeczywistość s-f. Dziwię się, że nie pytasz mnie o gry, bo one były dla mnie bardzo inspirujące.

Archangel_1600_900 - Tomasz Maroński

M.D.: No to przejdźmy do tego tematu od razu – jakie gry stanowiły dla ciebie inspirację przy tworzeniu serii Gamedec?

M.P.: Sięgając do samego początku – Archimedean Dynasty i Privateer, a po nim Privateer: The Darkening. Dlaczego te? Opowiadały o samotnym wilku, człowieku żyjącym na własnym rozrachunku, kimś wykuwającym własny los. Najbardziej chyba inspirujący był głos narratora w tej pierwszej grze. Zawsze miałem słabość do chandlerowskiej narracji, a Emerald Deadeye Flint robił to doskonale. Słuchając go w cutscenkach, postanowiłem, że Gamedec także będzie opowiadany w pierwszej osobie (czyli „Zobaczyłem, stwierdziłem, pobiegłem”, a nie „Torkil zobaczył, stwierdził, pobiegł”). Bardzo poetyckie wydało mi się samo intro gry – Deadeye zawala misję, nieomal ginie, a potem, w kapsule ratowniczej, zastanawia się, co zrobił źle. Porażka wydała mi się dużo ciekawsza z punktu widzenia historii niż zwycięstwo. Dlatego właśnie Małpia pułapka, pierwsze opowiadanie o Torkilu, mówi o jego poważnych trudnościach z rozwiązaniem hakerskiej zagadki.

W czasie, gdy pisałem Granicę rzeczywistości, jeszcze nie było gry World of Warcraft, ale były już doniesienia prasowe o jej powstawaniu. Uznałem, że jest to strzał w dziesiątkę i na podstawie screenów zamieszczanych w pismach i Internecie stworzyłem w wyobraźni świat sensoryczny Deep Past World, gdzie rozgrywa się pierwsze opowiadanie o Torkilu. Jest to barwna, nieco komiksowa kraina, gdzie można spotkać smoki i inne dzikie bestie. Nie bez znaczenia jest fakt, że to gra dość droga, przeznaczona dla posiadaczy grubych portfeli. Pisząc Małpią pułapkę, wiedziałem, że za WoW trzeba będzie regularnie płacić i myśl ta nieco mnie przerażała.

Trzecie opowiadanie o Torkilu, „Zawodowiec”, toczy się w grze Goodabads, e-sportówce, gdzie trafieni gracze odczuwają realny ból. Inspirację do tej gry czerpałem z gier Tribes 2 i Star Wars: Jedi Outcast. W przypadku obu tytułów spędziłem w sieci sporo czasu i uzyskałem wcale niezłą biegłość w walce zarówno na rozległych arenach Tribesów, jak i w ciasnych korytarzach Outcasta. Ta pierwsza gra była także niemałą inspiracją, gdy opisywałem zmagania w grze Crying Guns w drugiej części Gamedeca, Sprzedawcach lokomotyw. Przestrzenie tej gry są bardzo „w moim stylu”. Lubiłem wykonywać długie skoki i oglądać świat z wysoka. Dlatego pancerze w Crying Guns mają zdolność skoku.

privateer1

Wing Commander: Privateer

Świat sensoryczny Dream Space z opowiadania Syndrom Adelheima był inspirowany oczywiście obydwoma Privateerami i Freelancerem, a skoro jesteśmy już przy Freelancerze, bar z intra tej gry stał się źródłem moich wyobrażeń na temat kantyny, do której Torkil wstępuje w Sprzedawcach lokomotyw, w grze Brahma. Jeśli pamiętasz tę grę (Freelnacer) i dialog Trenta z barmanem, odkryjesz, że w pewnym momencie w mojej książce padają podobne zdania, a garson stawia Torkilowi kolejkę z podobnego powodu. No cóż, easter egg.

Na początku opowiadania Mrok opisuję grę Reaven Heart, której wizja powstała po moich zmaganiach w System Shocku 2, w moim przekonaniu grze genialnej i trochę chyba niedocenionej (wyszła, na swoje nieszczęście tuż po Half-Lifie i uwaga gierczanej braci zwróciła się właśnie w tę stronę. Szkoda, bo moim zdaniem SS2 był lepszy od półżycia). Uwielbiam klaustrofobiczną atmosferę kosmicznych baz, bardzo lubię Dooma, ale wtedy, gdy pisałem Mrok, grałem akurat w SS2. Doom przegrał. Nie będzie żadną tajemnicą i zaskoczeniem, gdy powiem, że sama gra Mrok powstała wskutek inspiracji tytułami serii Alone in the Dark.

Trzecia część Gamedeca, Zabaweczki, to duża, epicka historia, ze sporą dozą militarystyki. Wiele wrażeń dotyczących dowodzenia zespołem, koordynacji działań i wydawania rozkazów z perspektywy komendanta czerpałem z gier Battlefield 2 i Battlefield 2142. De facto to te gry pokazały mi, jak mało o ogólnym celu bitwy wie samotny żołnierz i jak wiele może popełnić błędów nie rozumiejąc obrazu całości, który ma przed oczami komendant koordynujący całą operację.

Gamedec

M.D.: Teraz też masz czas i ochotę, aby zanurzać się w wirtualnych światach?

M.P.: Ochotę mam, czasu trochę mniej. Jeszcze dwa lata temu zagrywałem się w sieciowego Space Marine’a. Grałem obowiązkowo godzinę dziennie i byłem po jakimś czasie naprawdę niezły, mimo że jako platformę obrałem PS3, nie peceta (uznałem, że komputer jest trochę za słaby na tę grę). A operowanie padem dla starego myszkowca to wyższa szkoła jazdy…

Ostatnio zakupiłem nowy, szybki laptop firmy Asus i wróciłem do tego hobby. Battlefield 4, Titanfall, Starcraft II, Mass Effect, War Thunder, ostatni Deus Ex… Najwięcej doświadczeń zebrałem jak dotąd w Bf4 (nieco frustrujący, ale i piękny zarazem) oraz w Titanfall (fajny, bo oprócz żywych graczy są też enpece, więc ratują słabe ego, dając się względnie łatwo zabić). Przypomniałem sobie, jakie to wspaniałe przeżycia. Jeśli ktoś jest graczem, chyba już nim pozostanie.

Gry, zwłaszcza poważne, komputerowe (nie iPadowe czy telefoniczne) dają miłe wrażenie zanurzenia się w inny świat i nie drażnią tym, że trzeba za nie dodatkowo płacić, jeśli chce się coś tam rozwinąć szybciej (to mnie dobija w grach mobilnych).

Ostrzę sobie zęby na grę Warhammer 40 000. Space Hulk: Deathwing. Może wiesz, kiedy wyjdzie?

Death

Warhammer 40 000. Space Hulk: Deathwing

M.D.: Gdzieś czytałem o jesieni 2014, ale o tym tytule jest podejrzanie cicho, więc bym się mocno na tę datę nie nastawiał niestety… Wróćmy jednak do Ciebie. Jesteś człowiekiem wielu aktywności. Jak znajdujesz czas na pisanie w spokoju? Jak wygląda twoja praca? Masz jakieś rytuały czy schematy działania?

M.P.: Pisanie w spokoju. Ha. Ha. Moje pisanie najczęściej odbywa się na kanapie w salonie, nierzadko przy akompaniamencie uczącej się córki i żony, która jej pomaga. Chociaż mam duży dom, wybieram właśnie salon z kilku powodów – po pierwsze jest tam fantastyczna amerykańska, rozkładana, bardzo miękka kanapa dająca odpoczynek podudziom, po drugie jest tam ta kanapa, a po trzecie można tam znaleźć kanapę… Podczas pisania wygoda jest piekielnie ważna. Zdrętwieć (nie powiem co) może bardzo szybko, a to odbiera radość tworzenia. Muszę do gabinetu kupić jakiś naprawdę wygodny fotel. Kiedyś pisałem w tym pomieszczeniu, ale odkąd mamy tę kanapę…

Staram się pisać rano, a gdy okoliczności nie pozwolą, a bywają bardzo rozpraszające (rachunki do opłacenia, jakieś przelewy, e-maile, sprawy zawodowe, czasami rodzinne), urywam z dnia co się da. Najbardziej przeszkadza mi w pisaniu ciało. Rano nie chce się obudzić, a mózg myśli bardzo opornie, potem człowiek robi się głodny, jak się naje, okazuje się, że trzeba opróżnić pęcherz, gdy się to zrobi, ból głowy informuje, że zbliża się burza (wyczuwam te okoliczności przyrody na kilka godzin przed czasem. Nie powiem, bym był wdzięczny losowi za ten wątpliwy dar), gdy spada ciśnienie atmosferyczne, robię się przemożnie senny…

Staram się też pisać wieczorami, w domu i w pracy – w hotelu, po szkoleniu. Ale to wyższa szkoła jazdy. Najczęściej jestem tak zmęczony, że nie daję rady. Wtedy oglądam jakiś film, który (jak sobie tłumaczę) z pewnością mnie zainspiruje.

Ogólnie szukam każdej chwili na pisanie. Zdarzało mi się pisać nawet w łazience. Tak naprawdę jest tylko jedno poważne ograniczenie – zmęczenie. Często jest tak wielkie, że uniemożliwia kreację. Mózg jest zalany metabolitami, odmawia posłuszeństwa. Spowodowane jest to zbyt intensywną pracą, brakiem odpoczynku, ćwiczeniami fizycznymi (a ciało już nie to). Wtedy są irytacja, przygnębienie, apatia, oczekiwanie, aż organizm się zregeneruje.

Brak etatowej pracy powoduje, że teoretycznie mam sporo czasu na pisanie, lecz niestety, szkolenia, które prowadzę zarabiając na życie, bardzo wyczerpują. Potrzebuję standardowo dwóch pełnych dni, żeby dojść po nich do siebie. W tym czasie nie nadaję się w zasadzie do niczego – ani do życia rodzinnego, ani do znajomych, ani do pracy twórczej. To bardzo, bardzo frustrujące.

Medieval_writing_desk

Pisarz przy pracy 😉

M.D.: Dlaczego pseudonim? I skąd wziął się akurat Martin Ann?

M.P.: Gdy się zorientowałem, że urodziłem się w Polsce, poczułem lekki zawód (trochę żartuję, ale jest w tym odrobina prawdy, zresztą pomyśl: nie żałowałeś czasami, że urodziłeś się tu, a nie gdzie indziej?). Dlaczego nie w USA albo choćby w Japonii? Nazywałbym się Martin albo Takeshi, w każdym razie na pewno nie Marcin. Mar jest jeszcze okej, ale to miękkie jak pusty flak „cin”?! Gdy zaakceptowałem fakt, że jednak jestem Polakiem, chciałem się nazywać Marek. No, ale wybór rodziców zapadł przed moim urodzeniem, więc nie miałem wyboru.

Przez całe studia myślałem o emigracji. Wyobrażałem sobie swoje życie w Stanach Zjednoczonych. Niestety, prosiłem o radę w tym względzie niewłaściwych ludzi, takich, których uważałem za autorytety, a dzisiaj już nie uważam. Stąd rada: słuchajcie własnego instynktu, a nie innych ludzi. Dzisiaj ich cenicie, jutro już nie. Lepiej odpowiadać za własne błędy niż cudze sądy. Tak czy owak do Ameryki wciąż nie pojechałem, chociaż, jak pewnie zauważyłeś, od początku pisałem Gamedeca w taki sposób, by w tłumaczeniu był przystępny dla odbiorcy angielskojęzycznego (imiona, nazwiska, nazwy własne itp.).

Przed wydaniem pierwszego tomu byłem zdecydowany na pseudonim. Przejrzałem potężny słownik imion (naprawdę potężny, kilkaset stron) i miałem kilka typów. Uriel Tamerlan, Konon Eim, Laurus Wilehad (tak w tej chwili nazywają się bohaterowie moich książek, ale pierwotnie były to propozycje na mój pseudonim). Niestety, znowu zapytałem nie tę osobę. Był to Maciek Parowski. Odradził, a ja, głupi, posłuchałem. Zatem nakładem SuperNOWEJ wyszedł Przybyłek nie „Eim”, „Wilehad” czy „Tamerlan”, a nazwy te powędrowały do moich bohaterów.

Pomysł z nickiem powrócił, gdy przeszedłem do Fabryki Słów. „Przybyłek umarł”, zaproponowałem marketingowy chwyt, „Urodził się Martin Ann”. Nie chwycili. „Przybyłek ma duży dorobek, lepiej tego nie odcinać”, powiedział bardzo sympatyczny facet, którego lubię do dzisiaj i cenię, ale… który już w Fabryce Słów nie pracuje. I znowu posłuchałem. A ciśnienie na zmianę nie zmniejszało się.

W międzyczasie produkowaliśmy z Jaśkiem Madejskim grę planszową Gamedec, którą Wy wydaliście. Sporo czasu spędzałem wtedy w towarzystwie jego przyjaciela, Zbyszka Szatkowskiego i jego dziewczyny, Magdy Albińskiej. Oni (Jasiek też) jako pierwsi bardzo wsparli mnie w kwestii rebrandingu.

Wreszcie wyciągnęła po mnie swoje cyfrowe łapska korporacja CD Projekt. Sama z siebie, ja się wcale nie wpraszałem. I co się nagle okazało? „Ann? Proszę bardzo! Drimm? Jeszcze lepiej!” Nagle pomysł spotkał się z pełną akceptacją, zrozumieniem i poklaskiem. Nikt nie oceniał, nikt nie cmokał, okazało się, że jest tam zrozumienie dla twórczych potrzeb skromnego pisarza. Odetchnąłem.

A teraz – dlaczego tak, a nie inaczej?

Najpierw miał być Martin Ann, ale okazało się, że odmiana tego pseudonimu przysparza tak wielu kłopotów (mi także), że zdecydowałem się na dodanie słowa Drimm, które w tym układzie stało się nazwiskiem.

Martin – to raczej oczywiste. Wreszcie mam takie imię, jakie chciałem mieć.

Ann – tu sprawa jest bardziej skomplikowana i nieco, hm, genderowa. Po pierwsze zawsze byłem trochę kobietą. Wiem, w ustach łysego, owłosionego na klatce piersiowej samca brzmi to śmiesznie i sam się z tego śmieję, ale cóż, co ja na to poradzę. Oczywiście nie jest to jakaś obecność innej płci nachalna i niepowstrzymana, nie jest tak, że nieustannie hamuję się przed założeniem kiecki czy nałożeniem makijażu, mam, że tak powiem, nieco inne objawy.

miasto_1600_900 - Marcin Jakubowski

Zaczęło się od snów. Już w dzieciństwie. Śniło mi się bardzo często, że rozmawiam z kobietą. Lub, by rzecz uściślić, słuchałem kobiety, a ona mówiła. I zawsze, nieodmiennie, niezależnie od tego, czy była stara czy młoda, brzydka czy ładna (był to cały przekrój), niezależnie od tego, gdzie scena się rozgrywała (scenerie były różne – od prerii do barów), zawsze kobieta mówiła prawdy objawione. Czułem się, jakbym odkrywał jakąś istotną cząstkę rzeczywistości – właśnie dzięki mojej rozmówczyni. Po przebudzeniu żałowałem, że niewiele już z tych odkryć pamiętałem, ale tak to już jest ze snami, prawda? Nie wiem, czy widziałeś znakomity i nie wiem, jakim cudem przemilczany film pt. Waking Life. Tam główny bohater także prawie wyłącznie słucha, a jego interlokutorzy zasypują go filozofiami i obserwacjami. Ze mną trochę właśnie tak było w snach, nie tylko tych nocnych, lecz także dziennych drzemkach, które do dzisiaj uważam za kapitalny wynalazek.

Drugą sprawą były te dziwne stany między snem i czuwaniem, te momenty zmęczenia, zamyślenia, odpłynięcia, te stany utraty kontroli nad swoją świadomością, gdy ze zdziwieniem odkrywałem, że myślę o sobie jako o kobiecie – blondynce, brunetce, zawsze ładnej i zawsze jednak niemęskiej.

Trzecim rodzajem przeżycia była choroba. Ja, pojmujesz, nie choruję. To znaczy, by rzecz uściślić, w dzieciństwie lunatyczyłem się podobno okrutnie, miałem też katalepsję – czyli kondycję charakteryzującą się nagłym, niekontrolowanym rozluźnieniem mięśni – wyłącznie podczas oglądania filmów z rodzicami zdarzało mi się spaść z krzesła. Ale nie traciłem ekranu z oczu. Wdrapywałem się na siedzisko i oglądałem dalej wprowadzając tym swoich opiekunów w zdumienie i rozbawienie. Szczerze mówiąc trochę dziwię się rodzicom, że tak lekko przyjmowali moje dziwactwa, bo gdyby to moja córka miała tego typu przypadłości, niepokoiłbym się i to bardzo. Tak czy owak oprócz tych stanów (których raczej nie uznałbym za choroby) po prostu nie choruję. Miałem grypę dwa czy trzy razy w życiu i katar – no kilka razy. To okropna choroba. Gorsza od grypy, jeśli mam być szczery. Pamiętam jedną z tych gryp. Czytałem wtedy W pustyni i w puszczy. Była to lektura obowiązkowa (podczas drugiej grypy czytałem Formy chaosu Colina Kappa). Miałem, jak na siebie, bardzo wysoką temperaturę, bo 38,9 (nigdy nie przekroczyłem 39. Gdy się źle czuję, czyli gdy „choruję”, temperatura mi raczej spada). I wtedy, powiedzmy sobie, majaczyłem. Za dużo powiedziane. Miałem swoiste wizje, dość silne w wyrazie. Wydawało mi się, że nie tyle jestem jedną kobietą, co kobietami, całym tabunem kobiet. Stadem, kobiecym plemieniem, multikobietą. Ktoś mógłby powiedzieć, że naczytałem się Junga i że wmówiłem sobie istnienie archetypu Animy, ale to było raczej przed tym, gdy poznałem dzieła tego szwajcarskiego myśliciela.

Czwartym rodzajem faktu jest specyficzna preferencja dotycząca urody ciała. Z uporem maniaka ćwiczę, aby uzyskać odpowiednią muskulaturę, rzeźbę, ogólnie rzecz biorąc cielesną urodę. I tak się dziwnie składa, że marząc o fantastycznym wyglądzie nigdy praktycznie nie wyobrażam sobie wyrzeźbionego ciała męskiego, tylko… kobiece. No jestem dziwny, jak widzisz, i to bardziej niż norma przewiduje, no ale co zrobić, tak jest. Oczywiście wiem, że takiego ciała nigdy nie będę miał, więc zadowalam się tym, co jest i w wysiłkach nie ustaję. I znowu, żebym był dobrze zrozumiany – nie chcę sobie dorabiać piersi ani zwężać talii (broń boże, wyglądałbym okropnie), nie chcę sobie niczego ucinać ani wywiercać, mimo to predylekcja wyobrażeniowa pozostaje. Nie został, z tego co wiem, mój typ „płci” jeszcze nazwany, ale gdy zostanie, z pewnością się pod nim podpiszę.

Piątym faktem jest to, że imię Anna uważam za najładniejsze żeńskie nazwanie i moja dziewczyna, zwana ze względów kulturowych żoną, tak ma na imię. A żonę swoją wielbię.

Szóstą sprawą jest to, że zawsze fascynowały mnie żeńskie imiona u mężczyzn. Erich Maria Remarque, Jan Maria Rokita itp. To jest fajne, dobrze brzmi, jest w tym jakaś uroda. Zatem – w skrócie – dlatego Martin Ann.

Tommy

Tommy Lee Jones w Ściganym (1993)

Ale jest jeszcze Drimm. Co ciekawe, wyszła już płyta z audiobookiem, którą czyta Martin Ann i sam osobiście odmieniam swoje annowe nazwisko w dopełniaczu czytając „Martina Anna”. Tak czy owak, ze względów wspomnianych wyżej i z tego jeszcze powodu, że od początku bardzo poważnie rozważałem pseudonim Drimm, dodałem tę cząstkę, by stworzyć tak przeze mnie lubiane nazwanie trójczłonowe, dzięki czemu wszedłem w grono takich sław jak Orson Scott Card, Tommy Lee Jones czy James Earl Jones. Co oznacza Drimm? Drug of Immortality, czyli lek na nieśmiertelność. Wkraczamy w erę przedłużania życia, jestem autorem, który nieustannie wraca do problemu nieśmiertelności rodzaju ludzkiego, rozważam ten problem w wielu tekstach, marzę o nieśmiertelności, wydaje się więc słusznym posunięciem, że moje imię (czy raczej literackie nazwisko) będzie związane z tą tematyką.

No i wreszcie – spójrz na moje logo, które w takim trudzie zostało wykute aż przez trzech doskonałych grafików: Marka Okonia (Anielica i Demon), Dominika Brońka (Smok, Martin i Ann) oraz Tomka Marońskiego, który na moją prośbę mistrzowsko dosztukował Drimma.

Martin to demon (w Polsce szlacheckiej diabła często nazywano Marcinem), Anielica to Ann oczywiście, zaś Smok, będący symbolem nieśmiertelności i Zen (a przy okazji ilustrujący Suverów z sagi  Gamedec) to oczywiście Drimm. Już dawno zazdrościłem Chrisowi Achilleosowi, że ma fajny graficzny znak będący jego wizytówką. Teraz mam i ja.

c.d.n.

W oczekiwaniu na drugą część rozmowy, która pojawi się na naszym blogu już w sobotę pod tym adresem, zapraszamy do Strefy Gamedeca. Znajdziecie tam e-booki z serii o Torkilu Aymorze, w tym premierowy tom 4 Czas Silnych Istot, audiobooka Granica Rzeczywistości, grę planszową oraz inne e-booki Martina Ann Drimma! Dodatkowo mamy dla Was darmowe tapety i ścieżkę dźwiękową z uniwersum Gamedec! Wszystko to (i jeszcze więcej) znajdziecie pod adresem: http://bit.ly/Strefa-Gamedec