Yoshihiro Tatsumi – człowiek oddany mandze, na dobre i na złe

Do polskich księgarń trafiła w końcu przepastna, imponująca historia żywota Yoshihiro Tatsumiego, zwana po prostu Życiem. Powieścią graficzną. Bez tego człowieka trudno by było sobie wyobrazić kolejne stadia przeobrażeń, jakie przechodziła japońska sztuka wizualna od zakończenia II wojny światowej, w szczególności tamtejsza kultura masowa. 

TatsumiYoshihiro Tatsumi, zdjęcie z 2010 roku

Rodzimy odbiorca miał okazję poznać Tatsumiego już siedem lat temu, za sprawą Kobiet z wydawnictwa Kultura Gniewu. Był to ewenement zarówno dla czytelnika mang, jak i klasycznie rozumianych komiksów, nawet w sytuacji, gdy Waneko od 2004 roku publikowało u nas Bosonogiego Gena, a w obiegu było jeszcze można przeczytać serię Tu detektyw Jeż. Zbiór krótkich, ale dojmujących opowieści o japonkach żyjących w Japonii lat siedemdziesiątych, dobie recesji, nierzadko z nizin społecznych, pozwalały przenieść się do autentycznego świata grozy. Autentycznego, bo nie zamieszkiwały go potwory, nie występowała w nim magia czy tajemne stowarzyszenia knujące przeciwko światu.

Tatsumi, przynajmniej dla mnie, potrafił jako pierwszy poprzez mangę ukazać w sposób dobitny dramaty życia codziennego oraz dewiacje wynikające z postępu technologicznego. Potrafił to stosownie rozplanować oraz wprowadzać do swoich historii metafory potrafiące wprowadzić czytelnika w zdumienie. Na dodatek owe przejmujące opowieści zostały zilustrowane ze starannością niespotykaną zazwyczaj w mangach, które (jakby nie patrzeć) zalicza się do komiksów tworzonych często niemal w biegu. Rynek komiksu japońskiego liczony jest w miliardach dolarów i rzadko kiedy troszczy się w nim o walory artystyczne. Podobnie jak w Ameryce, jest to produkt mający się nade wszystko sprzedać.

Sęk w tym, że Tatsumi w 2007 roku nie przyjął się kompletnie w polskich realiach. Po dziś dzień można spokojnie nabyć Kobiety, nakład nie zszedł w mgnieniu oka, tak jak to dzieje się w przypadku komiksów Willa Eisnera, Arta Spiegelmana czy niektórych pozycji Alana Moore’a. W krytyczno-czytelniczych dysputach komiks ten także nie był żywo obecny. Gdy chciano mówić o dojrzałych mangach, wspominano raczej Keijiego Nakazawę wraz z jego makabrycznymi wspomnieniami z Hiroszimy i Nagasaki, nawet jeśli forma jego historii obrazkowych pozwalała sobie na karykaturalne, kreskówkowe wręcz (a przez to płaskie) obchodzenie się z amerykańskim okupantem. „Zwykli” czytelnicy mang woleli natomiast siedzieć w uniwersach Full Metal Alchemista czy Naruto, z czym w zasadzie mamy do czynienia nawet teraz. Polscy wydawcy nadal główkują, dlaczego starsi odbiorcy nie chcą przejść na nieco inne, poważniejsze pozycje serwowane chociażby przez wydawnictwo Hanami.

Nawet pojawienie się paradokumentalnej animacji Tatsumi na 7. edycji Festiwalu Filmy Świata Ale Kino+ cztery lata temu, opierającej się na Życiu autora i jego najlepszych opowieściach, nie odbiło się szerszym echem w fandomie. A muszę przyznać, że właściwie od seansu tego filmu wyczekiwałem z niecierpliwością na pojawienie się mang Tatsumiego w Polsce. Tenże film, regularnie przedstawiany na prestiżowych festiwalach, potrafił wywrzec ogromne wrażenie pomimo topornej konwencji motion comic.

Zwiastun filmu Życie

Adaptacja Piekła, jednej z istotniejszych opowieści autora, wtopionej między jego perypetie związane z tworzeniem i pozyskiwaniem splendoru wśród wydawców, wbijała w fotel. Mówiła o korespondencie wojennym wysłanym na teren atomowo zbombardowanej Hirosimy. W tym krajobrazie śmierci i rozpaczy odkrywa scenę doprowadzającą go do łez. Na jednej ze ścian widzi cień, z którego wynika że na chwilę przed zrzuceniem atomówki pewien syn masował kark matce (siła bomby była tak silna, że po niektórych osobach pozostał wtedy jedynie cień na ścianach, o ile te się nie zawaliły). Zdjęcie tej sceny rodzajowej obiega cały świat, fotograf staje się sławny. Bohaterom tej makabrycznej chwili tworzy się pomniki, w ich imieniu fundusze wspierające ofiary atomowego podmuchu. Nie byłoby tutaj kontrapunktu gdyby nie fakt, że cała historia okazuje się szytym grubymi nićmi kłamstwem, mającym później wywołać kolejne nieszczęścia.

TatsumiŻycie. Powieść graficzna

Siła dramatów komiksowych Tatsumiego polega na tym, że obok ukazywania ludzi znajdujących się w iście tragicznych sytuacjach, potrafi poruszać tematy rzetelności zawodowej, życia rodzinnego, konwenansów klasowych oraz problemów wynikających z perturbacji powojennych. Jego postacie są zazwyczaj zagubione, kierują się często w swoim działaniu pielęgnowanymi przez lata w głowach iluzjami, poczuciem zemsty albo wyższymi wartościami. Zazwyczaj jednak ich jedyną nagrodą jest tkwienie w ambarasie, jaki zgotowało im życie. Nawet gdy walczą z przeznaczeniem i wydaje im się, że zmienili swój los, to problemy wracają ze zdwojoną siłą, niczym bumerang. W tej gorzkości przebija się swoista mądrość autora, posiadającego niebagatelne umiejętności obserwatorskie i wyciągającego przenikliwe wnioski z szarego życia.

Co zaskakujące, komiksowe Życie czyta się trochę inaczej aniżeli wskazuje na to filmowa adaptacja. Choć dzieło Tatsumiego otrzymało nagrodę Eisnera i jest powszechnie cenione w Japonii, to jednak rozpatruje się jego siłę częściowo poprzez wcześniejsze, jeszcze bardziej promieniste dokonania twórcy. Te osiągnięcia, w postaci m.in. zbiorków z historiami Good-Bye czy The Push Man and Other Stories, są jednak praktycznie nieznane w Polsce (aczkolwiek czasami się o nich pisze), właśnie przez małe zainteresowanie rodzimych czytelników nieco dojrzalszymi pozycjami. Z tego powodu lektura Życia może się okazać dla niektórych małym zawodem. Ten kolos wydawniczy nie spełnia bowiem funkcji kompilacji The very best of Tatsumi, co m.in. czyni film z 2011 roku. Ba, o samych tych historiach w sumie mało się mówi. W tym sensie polski czytelnik jest niejako rzucony na głęboką wodę, ponieważ nie skosztował wcześniej creme de la creme serwowanego przez omawianego autora.

TatsumiŻycie. Powieść graficzna

Mimo to warto sięgnąć do tej gargantuicznej publikacji, wydanej niedawno przez Wydawnictwo Komiksowe. Dla każdego chcącego lepiej zrozumieć Japonię powojenną jest to pochłaniająca, ciekawie poprowadzona historia człowieka, który próbujące wznieść się na wyżyny swojej pasji. Pal licho, że nie wchodzimy tutaj za często z butami w jego życie, a autor mocno chroni swoją prywatność, zmieniając tożsamość niektórych osób i przede wszystkim protagonisty. Ważne, że poznajemy kolejne etapy przeobrażania się tamtejszego rynku, zaznajamiamy się z pierwszoplanowymi postaciami japońskiej sceny komiksowej, jak i osobami stanowiącymi tło wydarzeń.

W tym całym fermencie historyczno-kulturowym widzimy młodego autora pochłąniętego magią kreowania, lubującego się w wymyślaniu nowych światów, tworzeniu nadziei dla swoich bohaterów i późniejszym odbierania jej. W nawale dziennikarskiej ignorancji, serwowanej przez rodzime dzienniki informacyjne i portale, trudno inaczej poznać tak odległy i egzotyczny dla nas kraj, tamtejsze zwyczaje i relacje międzyludzkie. To nie jest opowieść o człowieku, w której akcja skupia się wyłącznie na tej jednej osobie. Tatsumi traktuje siebie bardziej jako element w większej układance, aktora teatru którego rozmach go nieco onieśmiela, tworzącego go, jak i przyglądającego mu się bacznie, doświadczającego jednocześnie nowinek serwowanych przez kino i inne sztuki wizualne.

TatsumiOsamu Tezuka

Czasami ma się wrażenie, że istotniejszą od samego Tatsumiego jest tutaj postać jego duchowego mentora i mistrza Osamu Tezuki, zwanego niekiedy japońskim Waltem Disneyem. Autor podchodzi do niego na kolanach, co dziwne w żaden sposób nie jest. Raz, że oddziałuje tutaj japońska kurtuazja i charakterystyczny dla tamtej kultury szacunek wobec senseia. Dwa, że Tatsumi dla mangi jest postacią wręcz boską – ustanowił fundamenty i zasady, wedle których funkcjonowało całe te środowisko. Był też jego ambasadorem na zewnątrz.

Koleje losu Tatsumiego pozwalają spojrzeć nie tylko szerzej na komiks z kraju Kwitnącej Wiśni, odkryć w nim coś więcej poza dynamiczną akcją oraz przerysowaną anatomią. Owa konkretna ścieżka ku artystycznej dojrzałości została tutaj bowiem zgrabnie połączona z powstaniem Japonii z wojennego gruzu oraz jej kulturowym odżyciem. Warto sobie uświadomić zalążki tej cywilizacyjnej potęgi, gdy coraz częściej stykamy się z imperializmem japońskiej estetyki w zachodniej popkulturze. To jest jednak temat na oddzielny artykuł. Zainteresowanych poglębieniem tego zjawiska zachęcam do lektury książki Japonizacja Piotra Siudy i Anny Koralewicz, którzy gruntownie rozprawili się tym fenomenem. W międzyczasie miejmy nadzieję, że Życie odniesie sukces. Tylko w tym przypadku dostaniemy w przyszłości szansę skosztowania prawdziwych rodzynków od Tatsumiego, jakimi są jego krótkie nowelki, w rodzimym języku.

Yoshihiro Tatsumi: Życie. Powieść graficzna. Wydawnictwo Komiksowe. Warszawa 2014.

(Zdjęcie w nagłówku wpisu przedstawia Tatsumiego przy pracy w 1954 roku)