Stephen King – dla każdego coś strasznego

O czym myślisz, gdy słyszysz – Stephen King?

Z pewnością w Twojej głowie pojawiają się takie hasła jak „horror”, „Lśnienie”, a może nawet „Mroczna wieża”. Jeśli tak właśnie jest, to czym prędzej skonfrontuj swoją dotychczasową wiedzę z rzeczywistością. Być może sprawię teraz, że Twoja ideologia legnie w gruzach, ale twórczość Kinga nie opiera się jedynie na horrorach, choć z całą pewnością to one rozsławiły jego osobę na całym świecie. Mało znanym faktem jest to, że King tworzy nie tylko grozę (choć na takiego wygląda) ale również kryminały oraz fantastykę.


ODWIEDŹ STREFĘ STEPHENA KINGA W CDP.PL


Nie trzeba odznaczać się nadprzeciętną inteligencją, żeby zauważyć, że autor został zaszufladkowany jako „ten od straszenia”. Jak już wspomniałam we wstępie – niesprawiedliwie. Zachęcam zatem wszystkich do osobistego przestudiowania twórczości Kinga i obiecuję pozytywne rozczarowanie jego twórczością, bowiem nie samym horrorem proza Stephena stoi. Uprzedzam jednak, że może to być proces czasochłonny, bowiem dotąd mistrz grozy uraczył nas już niemal sześćdziesięcioma powieściami oraz opowiadaniami w liczbie ponad dwustu, a ostatnimi czasy jego twórczość znalazła również odbicie na stronach serii komiksów z cyklów Mroczna Wieża czy Bastion. A zatem, żeby nieco ułatwić Wam zadanie, przygotowałam listę pod tytułem „Dla każdego coś strasznego”, abyście mogli szybko dowiedzieć się, od której powieści zacząć swą niekończącą się przygodę z autorem.

king
Dla piromanów

Jeśli od dziecka bawiliście się zapałkami i rozpalaliście w kominku, kiedy w pobliżu nie było rodziców, a wosk ze świeczek stanowił nieodłączną część Waszego dywanu to znaczy, że musicie poznać Carrie. Jest to pierwsza powieść Kinga i znajduje się niezaprzeczalnie w czołówce moich ulubionych dzieł autora.

Tytułowa Carrie to zakompleksiona dziewczyna, która mieszka z nawiedzoną matką słuchającą czegoś na kształt Radia Maryja (nie to, żeby jedno z drugim się wiązało). Jest też przy okazji pośmiewiskiem całej szkoły. Od urodzenia posiada taką moc, że jak skoczy jej ciśnienie, to od czasu do czasu coś staje w płomieniach. Po wielu perypetiach, w końcu wydaje się, że już wszystko będzie dobrze i że jej życie znormalnieje, bo na bal absolwentów zaprasza ją szkolne ciacho – Tommy. Niestety, będąc już na balu, Carrie dowiaduje się, że po raz kolejny została przedmiotem drwin, gdyż chłopak został zmuszony, aby ją zaprosić. I wtedy to już płomieniom nie ma końca! Finał powieści był tak gorący, że książkę czytałam w rękawicach spawalniczych. Brakowało tylko sceny, gdzie Carrie krzyczałaby „spalmy tę budę!”. Gdyby po przeczytaniu Carrie wciąż było Wam za mało ognia, to sięgnijcie też po Podpalaczkę. Myślę, że prawdziwemu piromanowi dwa razy powtarzać nie trzeba.

Dla erotomanów

Powieść Gra Geralda, prócz ciekawej historii, zawiera w sobie również ciekawą przestrogę. Należy ją interpretować mniej więcej tak: nie używajcie w sypialni kajdanek, zwłaszcza, gdy partner jest w podeszłym wieku i choruje na serce. Ta przezabawna (w moim mniemaniu) historia przebiega następująco:

Jessie wraz z Gerladem, będąc znudzonymi swoim pożyciem małżeńskim, opracowali niecny plan i zapragnęli spędzić noc w zapomnianym przez Boga letniskowym (i obowiązkowo nawiedzonym) domku. Nasi bohaterowie nie mieli oczywiście bladego pojęcia o tym, że domek jest zamieszkany przez nieproszonych gości z zaświatów. Z ich dwójki jedynie ona zdołała się później o tym przekonać. Jedyne ona, gdyż on tej chwili nie doczekał. Po tym jak przypiął żonę kajdankami do wezgłowia łóżka i zaczął uskuteczniać to, co nakazuje logika, niespodziewanie dostał ataku serca. Tak więc z trupem męża u boku, Jessie zaczyna wielostronicową walkę z ciemnością i duchami. Jeśli nie wierzycie, że można walczyć przez 350 stron, mając na rękach kajdanki i będąc „przymocowanym” do łóżka, to przeczytajcie Grę Geralda i przekonajcie się sami.

Dla fanów Igrzysk Śmierci

Czytając Uciekiniera, nieustannie miałam wrażenie, że gdzieś to już widziałam. Rok 2025, Ameryka pogrążona w chaosie i ukochane przez wszystkich telewizyjne reality show, w którym można wygrać milion dolców. Każdy może wziąć w nim udział, a jedynym warunkiem, jaki trzeba spełnić, aby tę kasę zgarnąć jest to, że trzeba tę grę… przeżyć. Wprawdzie Ben (główny bohater) nie ma dylematów pokroju Katniss, jednak mają ze sobą wiele wspólnego. Choćby to, że Ben zgłasza się do programu ze względu na śmiertelnie chorą córkę (porównaj relację Katniss i Primrose). Mężczyzna stawia wszystko na jedną kartę – albo wygra te pieniądze i uleczy dziecko, albo umrą oboje. Tak więc Ben musi przeżyć miesiąc, będąc nieustannie śledzonym przez kamery. Żeby było śmieszniej, każdy obywatel Ameryki ma prawo zabić Bena (całe tylko szczęście, że Ben nie spotkał na swej drodze Peety, bo dzieci by z tego nie było).

Mnie osobiście książka wciągnęła od pierwszej strony i nie chciała puścić do samego końca. Poświęciłam jej jedno posiedzenie i szczerze mogę ją polecić. W przeciwieństwie do jej „ekranizacji”, którą radzę omijać szerokim łukiem.

Dla miłośników zwierząt (i to niekoniecznie tylko tych żywych)

Cmętarz zwieżąt. Wiem, co myślicie. Ale powiem Wam, że ortografia jest trudna rzecz. Tak samo, jak składnia. Na tyle trudna, że sam King się pomylić mógł. Ale Kingowi wybacza się. Czyż nie? Jak już mu wybaczycie i przeczytacie Cmętarz zwieżąt to dowiecie się, że błąd w tytule był zamieżony (zupełnie tak, jak ten mój przed chwilą).

W pewnym mieście, o niemieckobrzmiącej nazwie Ludlow, znajduje się cmentarz opatrzony tabliczką „Cmętarz zwieżąt”. Miejsce to obfituje w cudowne właściwości – raz zakopane tam nieżywe zwierzę jakimś sposobem odzyskuje życie. Jednak te nowe życie daleko ma do ideału. Czy wy też wpadlibyście na pomysł zakopania tam również zmarłych ludzi? Nie? Aha. No to znaczy, że jedynie ja i główny bohater mamy nie do końca równo pod kopułką. Nie to jest jednak tutaj ważne, a to, że udało mi się chyba Drogiego Czytelnika zaciekawić… No i bardzo dobrze, bo Cmętarz Zwieżąt to niezaprzeczalny must-read przed śmiercią. A jak nie zdążycie, to zapraszam na Cmętarz Zwieżąt.

Dla psychofanek Edwarda C.

Wampiry!!! No dobra, przepraszam – wiem, że wszyscy mają już ich po dziurki w nosie, przynajmniej na okres kolejnych dwóch dziesięcioleci. Ale pozwólcie mi po raz ostatni…

Miasteczko Salem, a tak naprawdę miasteczko Jerusalem (bo tam rozgrywa się akcja), było mieściną jak każda inna. Do momentu, gdy zaczęli stamtąd znikać mieszkańcy. Główny bohater, a zarazem pisarz – Ben (kolejny Ben u Kinga, ale nie ma co się dziwić – jak się pisze tyle książek to imiona się kiedyś pokończą) – zaczyna interesować się pewnym starym domostwem, niedawno kupionym przez dwóch facetów w czerni. Niech zachętą do przeczytania książki będzie zdanie umieszczone na okładce pierwszego wydania polskiego: “Ta książka nie wywołuje strachu, ona wywołuje przerażenie”. Więc jeśli rodzina Volturi z sagi Zmierzch przyprawiała Cię o gęsią skórkę, nie sięgaj po Miasteczko Salem. Albo sięgaj, ale na własną odpowiedzialność. Mogę Ci potem, za drobną opłatą, polecić kilka dobrych środków na uspokojenie. Pozostałych, u których Volturi wywoływali niekontrolowane salwy śmiechu, do lektury Miasteczka… zachęcać nie muszę. Jakby ktoś czuł niedosyt (acz nie przewiduję), może sięgnąć jeszcze po opowiadanie Nocne Zło, gdzie bohaterem jest wampir pilotujący awionetki. Pilotując odrzutowce sprzedałby się według mnie jeszcze lepiej, no ale jak mówiłam: to jest King, a Kingowi się wybacza.