8 powodów dla których nie wyrosłam z Simsów

16 lat temu w moje – dziecięce i niewinne jeszcze wówczas – łapska wpadło The Sims. Do dziś pamiętam ile godzin spędziłam przed komputerem, grając w każdą kolejną odsłonę (zamiast odrabiać lekcje, przy czym szczególnie – nie wiedzieć czemu – ucierpiała na tym matematyka). W tych pamiętnych czasach, gdy grało się w Simsy, wskazówki zegara potrafiły zatoczyć pełne 360 stopni. A mi wciąż było mało. I choć każda kolejna odsłona przynosi ładniejszą grafikę, większe możliwości i ulepszoną sztuczną inteligencję, to fundamenty tegoż najbardziej rozpoznawalnego symulatora życia pozostają niezmienne, bez znaczenia czy graliśmy 16 lat temu, czy gramy dziś.

Dlaczego więc (choć zbliża się trzydziecha) wciąż nie wyrosłam z Simsów?

 

1. Bo lubię bawić się w Stwórcę

Stworzyć najprzystojniejszego Sima w okolicy i zakwaterować go z największym brzydalem, a potem wywoływać bójki i obserwować, kto z tego kotła wyjdzie zwycięsko. Patrzeć jak ten brzydki płacze, bo nikt go nie lubi, a na koniec zamurować go w czterech ścianach bez dostępu do lodówki. Klasyka. Albo lepiej – zamurować obu i przeprowadzić eksperyment „po którego najpierw przyjdzie Mroczny Kosiarz”.

                   Poznajcie Mrocznego Kosiarza

2. Bo lubię bawić się genami

Ilekroć na świat przyjdzie simowe dziecko simowych rodziców, nie mogę doczekać się, do kogo będzie podobne jak dorośnie. Już od dnia poczęcia planuję, kim będzie w przyszłości, jak będzie się ubierać i że na imię będzie miał Gniewomir. A jak już pójdzie do szkoły to od rana do wieczora będzie siedział w książkach i zostanie geniuszem (ach moje niespełnione aspiracje). Koniec końców i tak pewnie zabierze go opieka społeczna, a jak nie to zabiorę mu drabinkę gdy będzie się kąpał w basenie. (młodsze pokolenie informuję, że jeszcze w pierwszej odsłonie Simowie byli tak nieporadni, że bez drabinki nie potrafili wygramolić się z basenu i w efekcie przychodził… Mroczny Kosiarz).

 

3. Bo lubię tworzyć swoje idealne alter ego

Kiedy stworzę już taką piękniejszą, szczuplejszą i bogatszą wersję siebie wszystko może się zdarzyć. Mogę być kim zechcę, mogę kopnąć kogo zechcę (tzn. sąsiada spod siódemki, którego w realnym życiu bym nie kopnęła), mogę nie iść do pracy i nie ponieść konsekwencji. Ba! Mogę nawet uwieść szefa, przejąć jego majątek i sprawić by przyszedł po niego…

…Mroczny Kosiarz!

4. Bo czuję się jak architekt…

… i mogę stworzyć chatę swoich marzeń. Albo zobaczyć jak wyglądałby mój dom w innej aranżacji. Budowanie sekretnych komnat, ukrytych przejść i zimnych piwnic (gdzie zwykłam trzymać wino w tajemnicy przed innymi Simami) – to lubię najbardziej!

5. Bo w końcu mogę mieć zwierzaka…

… na którego nie mam uczulenia, który nie brudzi, nie ma pcheł i z którym nie muszę wychodzić na spacer. We wszystkich dotychczasowym odsłonach Simsów zwierzaki prędzej czy później miały swoją premierę. Czymże byłby bowiem świat bez złośliwego kota, który tylko czeka aby odrapać Ci nowy komplet wypoczynkowy? Simowy świat pełen jest psów, koni, rybek, chomików, a nawet skunksów.

6. Bo lubię dramę

Czyż nie jest kuszące sprawić, aby wszystkie Simy w okolicy miały ze sobą romans, a później zaprosić ich na wspólną imprezę? Pozostaje tylko wziąć popcorn i podziwiać te dantejskie sceny. I czyż nie raduje się serce, gdy Wasza Simka po raz kolejny bierze ślub, a Catering przydziela jej byłego męża do roli kucharza? Były mąż strzela focha, więc ani tortu ani przystawek nie będzie. Dlatego też Pan Młody musi zakasać rękawy i strugać kuchmistrza. Niestety jego umiejętności kulinarne są poniżej zera, więc natychmiast wznieca pożar. Na własnym weselu… Niezapomniany widok!

7. Bo twórcy gry mają osobliwe poczucie humoru

Pierwszego dnia, kiedy za ciężko zarobione pieniądze kupisz sobie już telewizor, tej samej nocy przychodzi włamywacz i kradnie co? Telewizor. Wybucha pożar. Zamiast uciekać Simy robią co? Stoją i krzyczą. Sim chce schudnąć. Biega już przez 4 godziny. I co? Jest już zauważalnie szczuplejszy.

8. Bo mam dziwne wrażenie, że jakaś wysoko rozwinięta cywilizacja gra w The People, a Pipolami jestem ja… i Ty!

Mądrzy naukowcy z Ameryki wcale nie wykluczają takiej możliwości. Pomyśl tylko, jak często zdarza Ci się wejść do pokoju i zapomnieć, po co tam wszedłeś? A może ktoś właśnie anulował akcję, którą miałeś wykonać? Acha, a propos zapominania – pamiętaj: to, że cierpisz na paranoję wcale nie oznacza, że Oni Cię nie obserwują. 😉