Nie tylko iZombie, czyli nieumarli myśliciele na przestrzeni dziejów

Wydają się powolne i głupie, ale to tylko pozory. Istnieje wiele dowodów na to, że żywe trupy są bardzo inteligentne, a do tego nierzadko po prostu uwielbiają gadać! Ale miejcie się na baczności. Z reguły wymiana zdań z zombiakiem stanowi dla niego wstęp do obiadu.

Pomimo diety bogatej w mózgi, zombiaki nigdy nie sprawiały wrażenia zbyt bystrych osobników. Okazuje się jednak, że wizerunek żywego trupa, jako powłóczącego nogami tępaka, jest bardzo krzywdzący. Przykładu na to nie trzeba szukać daleko. Refleksje na ten temat dopadły mnie, kiedy w końcu – mocno spóźniony – zabrałem się za oglądanie „iZombie”.

“iZombie”

Przyjrzyjmy się głównemu wątkowi. Głównej bohaterce – Olivii “Liv” Moore – zgon nie tylko nie przeszkodził w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek – bo właśnie one są przewodnim tematem produkcji – a wręcz ułatwił zrobienie kariery w dochodzeniówce. Fakt, że wysokie IQ  Olivii nie wpłynęło w tym wypadku na zwyczaje kulinarne – właściwą dietę zachowuje ona dzięki policyjnej kostnicy. Równie bystry, chociaż dużo bardziej samotny w swoich przemyśleniach był tytułowy „Wiecznie żywy” (w oryginale „Warm Bodies”), który – pomimo braku pulsu i uwielbienia dla ludzkiego mięsa – uważnie obserwuje otaczający go świat i nie stroni od ironicznych komentarzy. Mało tego, w finale budzi uśpione intelekty swoich gnijących towarzyszy. Czyżby szare komórki dla żywych trupów miały walory nie tylko smakowe?

Niedocenieni przez tatę

“Nocy żywych trupów”

Trudno mieć do pretensje za to, że świat uważa zombie za bezmyślne stworzenia, skoro sam ojciec żywych trupów – George A. Romero – długo nie potrafił docenić wydolności intelektualnej swoich dzieci. W klasycznej „Nocy żywych trupów” z 1968 r. największym popisem kreatywności, na jaki reżyser pozwolił cmentarnemu zombiakowi granemu przez Billa Hinzmana, było niezgrabne tłuczenie kamieniem w szybę samochodu. Sytuacja zmieniła się dopiero w 1985 r., kiedy na ekrany kin wszedł „Dzień żywych trupów”. Badany w laboratorium zombiak Bub nie tylko szybko uczył się i posługiwał bronią palną (sic!), ale w jednej ze scen nawet okazywał szczątkowe emocje. Romero wątek nieumarłego umysłu pociągnął dalej dopiero po dwóch dekadach, kiedy zrealizował „Ziemię żywych trupów”. W ożywionym pracowniku stacji benzynowej, przezwanym poza ekranem Big Daddym, budzą się intelekt i emocje, które wykorzystuje do zorganizowania swoistej nieumarłej rewolucji, którą prowadzi przeciwko niedobitkom ludzkości.

Znacznie dalej poszła siostrzana seria, zainspirowana przez drugiego z twórców oryginalnej „Nocy…”, czyli „Powrót żywych trupów”. Reżyser filmu, Dan O’Bannon (w historii kina zapisał się przede wszystkim jako scenarzysta pierwszego „Obcego”), miał znacznie bardziej zwariowaną wizję, w której zombiaki, po ożywieniu, zachowują w pełni sprawne ciała i umysły, a do tego są wyjątkowo rozgadane. To nie przeszkadza im jednak w rozbijaniu czaszek bliskich i wyjadaniu ich wnętrzności. Umiejętność mowy konsekwentnie wykorzystują do wzywania kolejnych karetek i radiowozów, których załogi, zgodnie z nieumarłą logiką, stanowią apetyczną przekąskę dla równie cwanych, co wygłodniałych, zwłok.

Film doczekał się czterech kontynuacji, z których najciekawiej prezentuje się trzecia. Tworząc „Powrót żywych trupów 3”, Brian Yuzna (to ten pan, który wyprodukował „Re-Animatory” i… „Kochanie zmniejszyłem dzieciaki”), zrezygnował z komediowego tonu, na rzecz smutnej i wyjątkowej historii o miłości. Obok brutalnych scen gore, których nie powstydziłby się „Hellraiser”, śledzimy losy pewnej dziewczyny, która stopniowo zmienia się w zombie oraz jej chłopaka, który nie może się z tym pogodzić.

Nieumarłym okiem patrząc

Po tym wszystkim kwestią czasu było obsadzenie zombiaka w roli głównej. W końcu, skoro istoty te potrafią myśleć i mówić, to nadają się na protagonistów tak samo, jak dowolny żywy bohater. Jednym z pierwszych twórców, którzy wyciągnęli taki wniosek był animator James Farr, który na jego bazie szybko stworzył internetową kreskówkę “Xombie: Dead on Arrival”. Tytułowy xombie to Dirge, ponury ożywieniec, który – chociaż sprawnie posługuje się umysłem – nie posiada żadnych wspomnień (w scenariuszu znalazło się kilka wskazówek na temat jego tożsamości). Jego w miarę stabilny nie-żywot na starym cmentarzu drastycznie przerywa spotkanie z małą dziewczynką, którą do tej pory chroni i pomaga jej wrócić do ludzkiego siedliska. Seria okazała się ogromnym hitem, a pomysłem błyskawicznie zainteresowało się studio DreamWorks. Niestety okazało się to największym pechem, jaki mógł spotkać tą ambitną serię. Od wielu lat projekt kinowej ekranizacji nie wyszedł poza fazę scenariusza, a sprzedaż praw do ekranizacji do niedawna uniemożliwiała Farrowi nakręcenie kolejnych odcinków serialu. W końcu autor na własną rękę napisał jeszcze powieść i kilka komiksów.

“Xombie: Dead on Arrival”

Jeszcze bardziej przewrotny pomysł mieli autorzy serialowej antologii horrorów “Fear Itself”. Kolejne odcinki przedstawiały widzom niepowiązane ze sobą historie. Żywe trupy pojawiły się w epizodzie “New Year’s Day”. W otwierającej scenie nowy rok na ogromnym kacu wita Helen. Ból głowy potęguje dodatkowo katastrofa, którą widzi za oknem – miasto stoi w płomieniach, wyją alarmy, a populacja została zmieniona w żywe trupy. Kobieta błąka się przez umierające miasto szukając ratunku. Powoli przypomina sobie wydarzenia z minionej nocy, które dotychczas pozostawało zatarte przez alkohol i dopiero w finale pokręconej historii zdaje sobie sprawę, że minionej nocy popełniła samobójstwo.

Najwięcej szczęścia do zachowania trzeźwego umysłu po śmierci mieli amerykańscy wojskowi. W czarnej komedii „Revenant” David Anders gra zastrzelonego w Iraku oficera, który po wskrzeszeniu stara się opanować swoje mordercze żądze. Problem w tym, że to świeża krew powstrzymuje jego ciało przed rozkładem. Ostatecznie bohater daje wyraz wojskowemu etosowi i postanawia połączyć wyżerkę z obroną społeczeństwa – od tej pory poluje i pożywia się na przestępcach. Zabici w Iraku żołnierze powracają także w serii „Masters of Horror”. Odcinek „Homecoming” opowiada o ożywionych ofiarach wojny, które wstają z grobu, ale nie aby polować na żywych, tylko żeby wziąć udział w wyborach prezydenckich. „Zagłosujemy na każdego, kto zakończy tą wojnę” – wyjawia jeden z umundurowanych zombiaków. Z dala od politycznego kontekstu zombie w wojsku oglądaliśmy w „Dead and Deader”. Przeciwko nim staje nie byle kto, bo sam Dean Cain (Superman z serialu „Lois & Clark”). Bohater ginie w tym starciu, ale to nie przeszkadza mu w dalszym udziale w wydarzeniach. Już w następnej scenie budzi się w kostnicy, aby odkryć, że jego ciało przygotowywane jest do sekcji, a w nim samym nie ma żadnych śladów życia.

Demoniczne umysły

Na kartach powieści myślące zombie przedstawił Briane Keene, autor – wydanej również w Polsce – dylogii, na którą składają się: „Noc Zombie” i „Miasto żywych trupów”. Obie książki przedstawiają desperacką podróż ojca, który pragnie dotrzeć do znajdującego się na drugim końcu kraju syna. Problem w tym, że między nimi rozpętana jest apokalipsa. W tej wersji zombie nie tylko mówią, biegają, jeżdżą samochodami i doskonale posługują się wszelkiego rodzaju bronią, ale także tworzą skomplikowaną strategię, która ma na celu całkowite wyeliminowanie życia na Ziemi. Autor wyjawia, że zwłoki wstały z grobów na skutek eksperymentu fizyków, który zakończył się wtargnięciem do naszej rzeczywistości demonów z innego wymiaru. Te zaś zadomowiły się w ciałach naszych zmarłych.

Tymczasem w uniwersum, które zamiast żywych trupów opanowała technologia i nowoczesne telefony, ludzie z jakichś niejasnych przyczyn uznali, że takie mówiące zombiaki są urocze i warto się z nimi zaprzyjaźnić. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć fenomenu aplikacji „Talking Zombie”, która stała się hitem na iPhone’ach.

Żarty na bok, zombie mówi!

– czyli kilka wymownych cytatów, które pokazują jak żywe trupy wykorzystały dar mowy…

Nie chcę być taki. Jestem samotny! I zagubiony… To znaczy, poważnie jestem zagubiony. Nigdy wcześniej nie byłem w tej części lotniska. A to jest mój najlepszy przyjaciel. Mam na myśli to, że czasami sobie powarkujemy i spoglądamy na siebie tępo. Raz prawie udało nam się przeprowadzić rozmowę. Tak mijały nam dni i czasami nawet znajdowaliśmy istniejące słowa, takie jak głodny i miasto – R w „Wiecznie żywy”

„Człowiek: Czy tu jest bezpiecznie?
Zombie: Ee… Jasne, chodźcie tu szybko!
Człowiek: Dobrze, ale czy możesz odpowiedzieć na jedno pytanie?
Zombie: Tak?
Człowiek: Kto jest prezydentem USA?
Zombie: Eeee… Jerzy Waszyngton?” – „Dzień Żywych Trupów 2”

“Joey: Zabij mnie! Musisz mnie zabić, stary!
Bart: Jak to, zabić cię?
Joey: Nie mogę spędzić wieczności, mając cholerny wibrator w gardle!”„The Revenant”

„Clowny nawet po śmierci są nieznośne”