Love is in the… game,
czyli miłość w rytmie pikseli

Słowo na M, wokół którego kręci się cały świat i – nie – nie jest to Minecraft? Jest to uczucie, które uderza z siłą jasnego gromu, tudzież z siłą jednostki GROM uzbrojonej w strzały Amora, bo samemu Amorowi znudziła się już ta fucha, a od ciągłego napinania cięciwy dostał zeza.

Miłość – czy to z rozsądku (bo ładniejszej złotowłosej na osiedlu nie było), czy też od pierwszego wejrzenia (a coraz częściej nawet od pierwszego kliknięcia) – sprawia, że świat staje się piękniejszy.

Choć za oknem błoto i ziąb, to w sercu (pod warunkiem, że się je posiada)… No właśnie… Co w sercu? Dwie komory, aorta, tętnice, zastawki, krew natleniona i ta druga… Ewentualnie jeszcze kilka dodatkowych strun (jak u mnie, bo jestem bardzo umuzykalniona). Z czego by serce jednak nie było – jak się mówi – nie sługa i jak przyjdzie się zakochać, to nie znasz dnia ani godziny. Ale nie martw się, to paskudne uczucie zdarza się nawet najlepszym.

A oto oni:

Johnny i River (To The Moon)

John to, dochodzący już do skraju swego życia, mężczyzna, który odkrył w sobie pewną szaloną zachciewajkę. Chce on bowiem jeszcze przed śmiercią polecieć na… Księżyc. Na szczęście ma na to duże szanse. Istnieje bowiem pewna tajemnicza organizacja, która potrafi tak manipulować wspomnieniami umierającego, aby ten był przekonany, że faktycznie postawił stopę na Księżycu.

Kiedy dwójka naukowców podejmuje się tego zadania i zaczyna pełen wzruszeń taniec ze wspomnieniami Johna, okazuje się, że przez całe życie towarzyszyła mu ukochana kobieta. Poznajemy ją w smutnym momencie , gdy jej organizm wyniszcza śmiertelna choroba. Cofając się coraz głębiej we wspomnieniach Johnny’ego, poznajemy ich wyjątkowe wspólne chwile, dochodząc wreszcie do momentu ich pierwszego spotkania w odległym dzieciństwie. Gracz obserwuje wielką miłość, która zmieniła małego chłopca w odpowiedzialnego za dom mężczyznę, a wreszcie w osamotnionego wdowca. Ich relacja to piękna opowieść o miłości i marzeniach, w którą została wpleciona choroba River, problemy finansowe i inne przeciwności losu.

 

Komandor Shepard i Garrus (Mass Effect 2/Mass Effect 3)

Studio BioWare znane jest z tego, że w swych produkcjach nie szczędzi na ilości potencjalnych partnerów dla naszego bohatera. W przypadku, kiedy zdecydujemy się, aby w Mass Effect zagrać damską wersją Komandor Shepard, jedną z możliwości do wspólnego gruchania jest Garrus Vakarian. Garrus to obcy przedstawiciel rasy Turian. Jak większość obcych ras, tak i Turianie są humanoidalni, jednak z pewnością nie da się ich nazwać ciachami (chyba, że ktoś ma skłonności zoofilskie). Są oni bowiem wyjątkowymi mieszankami ptaków i dinozaurów. Niemniej nasza Komander, decydując się na romans z Garrusem, pozyskuje niesamowite wsparcie psychiczne mocno stąpającego po ziemi mężczyzny.

Ich związek pokazuje nam, że pomimo niekompatybilności narządów rozrodczych (Boże, jak to brzmi…), a tym samym braku skonsumowania związku w pełnym tego słowa znaczeniu, Shepard i Garrus tworzą jedną z najcieplejszych i najbardziej dojrzałych relacji w serii Mass Effect. Niepokojący jest nieco fandom babeczek kochających się w Garrusie. Czyżby nasz własny męski gatunek był już na tyle niegodny uwagi, że trzeba się nam, kobietom, łapać za obcych? Chłopaki! Apeluję o odklejenie się od monitorów i udanie się na łowy w tym sprzyjającym, walentynkowym czasie!

 

Nathan Drake i Elena Fisher (Uncharted)

Historia Nathana i Eleny odzwierciedla prawdziwe oblicze bycia w związku. Ich miłość jest pełna wzlotów i upadków. Używając popkulturowego odniesienia – tych dwoje przyrównać można do legendarnych już Rachel i Rossa z Przyjaciół. Niby ciężko im ze sobą wytrzymać, ale koniec końców zawsze lądują sobie w objęciach. Oboje są bardzo silnymi i upartymi osobowościami, stąd ich ciągłe przepychanki. Koniec końców nauczyli się, jak się ze sobą obchodzić i – pomimo różnych celów i poglądów – postawili na tę miłość wszystkie karty.

Ich związek był jak ogień, który nie tylko ogrzewał, ale niejednokrotnie również parzył. Jednak najlepszym, co przyniosła im ta miłość, było okiełznanie samych siebie. Nathan przeszedł bardzo gruntowną przemianę – od pompatycznego młodzieńca, gardzącego innymi ludźmi – po współczującego i wrażliwego na cudze krzywdy człowieka. W większości była to właśnie zasługa Eleny. Kobieta długo nie godziła się z ciągłą żądzą przygody Nathana, jednak znalazła rozwiązanie, aby i wilk był syty, i owca cała, a ich związek mógł dalej trwać. Akceptacja i zrozumienie. Bo przecież o to w tym wszystkim chodzi.

 

Master Chief i Cortana (Halo)

Czy sztuczna inteligencja zdolna jest do miłości? Pytanie kontrowersyjne, zważywszy na to, że często nawet ludzie mający się za inteligentnych nie mogą poszczycić się tą zdolnością. Ale do rzeczy. Oficer statku kosmicznego John-117 aka Master Chief jest skazany na współpracę ze sztuczną inteligencją o nazwie Cortana. Wszystko dlatego, że John dostał polecenie zaopiekowania się nią. Cortana posiada bowiem strategiczne informacje, dzięki którym ich misja ma szanse powodzenia. Nie będzie to jednak pojedyncza sytuacja, kiedy to Cortana okaże się nieocenioną pomocą. John dysponuje śmiercionośnymi umiejętnościami i giwerą, a ona (jak przystało na kobietę) inteligencją. We dwoje są nie do pokonania.

W swej holograficznej postaci Cortana przybiera formę brunetki, która to z każdą kolejną odsłoną gry zyskuje na… ekhem… walorach estetycznych. I mimo, że twórcy nie uraczyli nas oficjalnym związkiem tych dwojga, to jednak chemia między nimi jest nie do zaprzeczenia. Nie dziwię się Master Chiefowi, że mógł zapałać uczuciem do Cortany. Nie ma bowiem lepszego afrodyzjaku od inteligencji. Tak więc drogie koleżanki i koledzy, encyklopedię czytać marsz!

Po więcej emocji w temacie romansu ze sztuczną inteligencją warto sięgnąć do gry Mass Effect 3. Bardzo dziwnie, acz przyjemnie obserwuje się, jak nasz pilot, Joker, zakochuje się w syntetycznej istocie zwanej Edi, która namawia go do wspólnego tańca. A że w Mass Effect żaden z bohaterów nie potrafił dobrze tańczyć, to już inna bajka…

 

Geralt i Yennefer (Wiedźmin)

Wojna między #TeamYennefer i #TeamTriss trwa w najlepsze. Intensywność tego konfliktu można by chyba przyrównać tylko do histe… eee historycznego #TeamEdward i #TeamJacob, przy czym – w przypadku Zmierzchu – fanki na forach używają zdecydowanie mniej wulgaryzmów.

Geralt i Yen są jak Yin i Yang, jak Pinky i Mózg, jak dres i kij baseballowy. Jedynie będąc razem, potrafią być szczęśliwymi i dopełnionymi. Ich miłość jest skomplikowana i burzliwa, obfitująca dodatkowo w zdrady, zarówno z jej, jak i z jego strony. Prawdę mówiąc, gdyby ich relacja została przeniesiona do naszych realiów, nie byłoby tak sielankowo. Ich temperament wielokrotnie doprowadzałby do wizyt opieki społecznej oraz służb porządkowych. Sąsiedzi tłukliby w ściany i z pewnością wszystko to skończyłoby się w najlepszym wypadku alimentami.

Ale tacy są już Geralt i Yennefer. Jedno wskoczyłoby za drugim w ogień, a nawet jeśli nie, to czy nikt z Was nie był nigdy zafascynowany typowym szorstkim w obyciu przedstawicielem/przedstawicielką homo neanderthalensis? Nie? To może chociaż burkliwym zakapiorem spod bloku? Też nie? No trudno, nie wiecie, co tracicie. Życie z takimi ludźmi jak Geralt czy Yennefer jest niezwykle ciekawe. Niestety może być też równie niezwykle krótkie. Ale jak to mówią: żyj szybko, umieraj młodo!

 

O najciekawszych parach ze świata gier można by napisać jeszcze wiele akapitów. Ciekawe relacje zostały przedstawione w grach z serii Final Fantasy, Assasin’s Creed, Half Life czy Dragon Age. Jednak dużo fajniejsze od czytania o nich jest przeżywanie tych relacji razem z bohaterami, podczas grania w powyższe tytuły. A jakie są Wasze ulubione gamingowe pairingi?