E-sport – rywalizacja na fotelach

Pomimo, że nazwa e-sport pasuje do zatytułowanego w ten sposób zjawiska jak różowe tipsy do subkultury Emo, to w sumie niełatwo jest dopasować inny, lepiej odpowiadający mu termin. A szkoda, bo przeciętnemu Kowalskiemu niewiele mówi słowo „e-sport” i w ogóle mało kto świadomy jest, jak duże w krajach wysoko rozwiniętych (a powoli także w Polsce) jest to przedsięwzięcie.

Skoro jednak ktoś nadał wspomnianemu taką właśnie nazwę, to te dwie dyscypliny muszą mieć ze sobą coś wspólnego. Możemy odnaleźć takie zbieżności jak: drużyny, fazy grupowe, ćwierćfinały, komentatorzy, emocje, lokalizacja dedykowana turniejom i mistrzostwom oraz wierni kibice (wolałabym się nie przekonać czy e-sport dysponuje również kibolami, bo wizja fanów nawalających w siebie klawiaturami, czy też „smołkami”  niezwykle mnie niepokoi…)

Zanim wejdziesz w ten „sport”

Mi sport kojarzy się mimo wszystko raczej z wysiłkiem fizycznym i kapiącym potem, a jedyne co może męczyć i pocić się przy e-sporcie to palce i nadgarstek. I chociaż mówią, że sport to zdrowie, to w tym przypadku można dorobić się zespołu ciśnień nadgarstka albo łokcia tenisisty (ale to przynajmniej z nazwy ma coś wspólnego ze sportem). Aby zminimalizować szansę na kontuzję, marząc o staniu się pro-playerem warto zainwestować w profesjonalne peryferia takie jak mysz i klawiatura.

IEM Mistrzostwa Świata Katowice 2016, fot. Mateusz Gryc

Długa droga do sławy

Jeśli ktoś nadal nie ma pojęcia, czym jest e-sport to pozwolę sobie przybliżyć jego istotę na podstawie wymyślonego na tę potrzebę bohatera jakim jest Krzyś. Krzyś ma 16 lat – nie pali, nie pije, a jedyną kobietę jaką całuje jest jego babcia i to tylko na Boże Narodzenie, podczas składania życzeń. Krzyś marzy o bogactwie, sławie i kobietach – innych niż babcia. Nie potrafi jednak zbyt wiele, nie zna się generalnie na niczym, prócz jednego: nie ma takiego drugiego kozaka we wsi, jeśli chodzi o CSa. Krzyś coś tam ostatnio słyszał, że na świecie istnieją ludzie, którzy zarabiają ładne pieniążki na graniu w gry. Ba tam ładne… Za pierwsze miejsce na świecie można zgarnąć nawet 2 miliony dolarów, choć nie jest pewien ile to zer, bo z matmy to on niekoniecznie.

Wkrótce nasz bohater przekonuje się, że aby osiągnąć tytuł Najlepszego Gracza na Świecie, musi się niemało nagimnastykować. Pierwsze wyzwanie, które go spotka, to zebranie ekipy, która poświęci cały swój wolny czas, aby trenować, wałkując grę z kumplami na TeamSpeaku aż do upadłego. I nie ma tu mowy o wolnych sobotach czy niedzielach. Każda minuta, w której nie ćwiczysz, jest minutą, w której ćwiczy ktoś inny (najczęściej niepokonany Azjata). Ćwiczy i tym samym staje się od Ciebie coraz lepszy. Zebranie takiej drużyny to nie lada wyzwanie, a spędzanie setek godzin na ćwiczeniach też do najłatwiejszych nie należy.

W międzyczasie Krzysztof wraz z drużyną musi nauczyć się angielskiego, bo bez tego w branży ani rusz. I nie chodzi tu o to, aby posługiwać się takimi zwrotami jak „don’t kill me, I am still a child!” czy też „die you son of a b*tch”. Gdy Krzyś po wielu latach osiągnie wraz ze swoim teamem jakiś tam pułap i będzie cyklicznie awansował w rankingach (to znaczy stanie się niepokonanym i rozpoznawanym po nicku playerem budzącym grozę na serwerach) stanie przed kolejnym wyzwaniem: będzie czekał aż ktoś go dostrzeże, by zyskać sponsorów. Ostatnim krokiem do kariery będzie jeszcze zmiana imienia na Christopher (bo Krzyś będzie wtedy już niezbyt cool). Jeśli wszystko to mu się uda, będzie wraz z drużyną przemierzał świat, stawiając się na turniejach w najdalszych zakątkach globu.

E-sport rośnie w siłę nawet nad Wisłą

Zostawmy Chrisa w spokoju, niech nadal ciśnie w CSa, a my liźnijmy trochę historii (bo warto). W Polsce wciąż mało jest eventów e-sportowych. Czasami nawet sami gracze nie zdają sobie sprawy z wielkości takich imprez (a co dopiero marzyć, aby tą tendencję zrozumiał szary obywatel). Jednak z roku na rok obserwujemy coraz większe zainteresowanie tym tematem. Pojawiają się nowi inwestorzy, tacy jak Coca-Cola czy Nissan, a liczba zainteresowanych zaczyna dorównywać liczbie fanów tradycyjnych mistrzostw sportowych, takich jak Tour de Pologne. W naszym kraju przygoda ta zaczęła się od powstania Ligi Cybersport w 2005 roku.

Fnatic – jedna z najbardziej uznanych grup proplayerów Counter Strike’a, fot. Mateusz Gryc

W kilka lat później zorganizowane zostały Mistrzostwa Polski ESL, ale chyba największą imprezą, z której jesteśmy dumni nawet za granicą jest uruchomione w 2013 roku w Katowicach Intel Extreme Masters. Pierwsza edycja przyniosła widzów w liczbie 50 tysięcy. Zeszłoroczna edycja liczy się już jako 104 tysiące. Jeśli chodzi zaś o liczbę internetowych widzów to szacuje się ją na 34 miliony. W tym roku mistrzostwa IEM rozłożono na weekendy: 25-26 lutego oraz 2-3 marca, a w programie znajdują się rozgrywki w League of Legends, StarCraft II oraz Counter-Strike: Global Offensive.

I pomyśleć, że wszystko to zaczęło się w 1990 roku, kiedy to Nintendo zorganizowało pierwsze rozgrywki drużynowe w Mario oraz… Tetris. Kolejne próby dotyczyły także m.in. Quake’a, ale kamieniem milowym okazała się  w roku 2000 zmodyfikowana wersja Half-Life’a czyli nasz znany i kochany Counter Strike.

Wielu dorastających, młodych ludzi marzy o tym aby związać swe życie zawodowe właśnie z gamingiem. Wydaje się dość kuszącym rozwiązaniem móc spędzać po 8 godzin dziennie grając w CSa, LOLa, Overwatcha lub StarCrafta. Niektórym z graczy może nawet wydawać się, że się do tego nadają, bo po deathmatchu lądują pierwsi na liście. Nic jednak bardziej mylnego. Aby liczyć się na arenie e-sportu nie wystarczy dobrze i szybko strzelać. Tu liczą się każde ułamki sekund. Proplayerzy spędzają niemal cały swój czas rozgrywając treningi drużynowe wielokrotnie na tych samych mapach, aby móc dopracować je pod każdym względem.

W e-sporcie nie liczysz się Ty sam. Liczy się tu cała drużyna. Więc jeśli w drużynie pojawi się ktoś, kto po prostu gra, to istnieje możliwość, że ten ktoś pociągnie drużynę w dół. Tu się nie gra, tu się pracuje. Nie wykluczone jednak, że, mimo iż pochodzisz z małego miasta i grasz z kumplami z osiedla ukrywając się z laptopem przed rodzicami w piwnicy (i kradnąc prąd sąsiadowi), to może właśnie Tobie pisany jest tytuł Najlepszego Gracza na Świecie. Jak wiadomo, Polak potrafi! A nawet jeśli nie, to zawsze coś wykombinuje!

Zobacz relację cdp.pl z IEM 2017 Katowice: