Mass Effect: Andromeda
Powrót na ścieżki chwały

Trylogię Mass Effect było mi dane poznać stosunkowo niedawno. Dzięki temu nie musiałam przechodzić katorg związanych z oczekiwaniem na Andromedę. W trylogii zakochałam się po uszy, jednak nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Muszę przyznać, że z Andromedą jest podobnie. Kolana mi się nie ugięły i nie straciłam mowy. Jednak po kilku chwilach wiedziałam już, że moją miłość z trylogii mogę w pełni i zasłużenie przelać na Andromedę. Skąd to wiedziałam? Bo wywołała we mnie ten sam syndrom, co poprzednie odsłony Mass Effect. Nie mogłam odejść od grania. Syndrom ten można nazwać mniej więcej „zajrzę jeszcze tylko tu i wtedy już na pewno pójdę spać”. I tak jeszcze kilka godzin.

Bardzo, ale to bardzo obawiałam się, że te wszystkie komentarze recenzentów z wczesnego dostępu okażą się trafne – a to, że twarze nie takie; a to, że grafika zadka nie urywa. I wiecie co? Twarze pozostawiają nieco do życzenia, a grafika nie należy do takich, co to studio deweloperskie powinno się nią chwalić, jednak jest to stuprocentowy, godny następca trylogii o Shepardzie. I kropka.

Kosmicznego Władcy Pierścieni ciąg dalszy

Ludzkość, około 40 lat po tym, jak odkryła na Marsie pozostałości starożytnej, pozaziemskiej cywilizacji, potrafi już podróżować po całej naszej galaktyce. Jednak pazerność (lub chęć odkrywania tego, co nowe) sprawiła, że sto tysięcy poszukiwaczy przygód wyruszyło w podróż w jedną stronę.  Podróż do galaktyki Andromedy ma przynieść ludzkości odkrycie nowej, a może nawet kilku nowych planet nadających się do zasiedlenia. Aby temu podołać, potrzebować będą Pioniera, czyli Ciebie.

Kiedy kolejni osadnicy wybudzają się z kriogenicznego snu, Shepard już dano zamienił się w kosmiczny pył. Nie znaczy to jednak, że nie poznamy lub nie usłyszymy naszych dawnych znajomych! Trzeba pamiętać, że np. rasa Asari żyje zdecydowanie dłużej niż ludzie. Nie chcąc spoilować, napiszę tylko, że już z początkiem gry będzie nam dane usłyszeć o jednej z bardziej lubianych przez graczy postaci, która utrzymywała kontakt z naszym ojcem (to jest z ojcem bohaterskich bliźniaków z Andromedy).

Przekaźniki mocy, krypty, zaawansowana technologia starożytnych? W Andromedzie poczujesz się jak w domu.

Ryderów dwóch

Każdy, kto z takim samym zapałem jak ja śledził przedpremierowe informacje o Andromedzie wie, że po raz kolejny BioWare daje nam możliwość dostosowania wyglądu i podstawowych danych naszego bohatera. Bez różnicy, czy będziemy grać kobietą (Sarą) czy mężczyzną (Scottem), to jako że są bliźniakami, obojgu im przeprowadzić możemy pełną „stylizację”. Grywalnej postaci można też zmienić imię, w przeciwieństwie do jej bliźniaka. Samo dostosowanie wyglądu  postaci trwało w moim przypadku prawie godzinę, zanim zadowoliłam się efektem. Ludzie z przyszłości wyraźnie zbrzydli. Selekcja naturalna jest najwyraźniej nieco ślepawa, ale cóż poradzić? Podpowiem, że aby stworzyć ładną postać, należy skupić się głównie na dobraniu głowy z ładnymi oczami i ustami (jakkolwiek to brzmi, grający będą wiedzieli o co chodzi).

Oto moja Shep… Moja Max Ryder. Skoro ma być badassem, to tak też musi wyglądać.

 

Bezapelacyjny, godny następca

W Andromedzie na każdym kroku czuć, że jesteśmy w uniwersum Mass Effect. Jeśli miałabym ironizować, napisałabym, że jest to kalka z poprzednich odsłon z kilkoma ulepszeniami. Faktycznie, można tak to odebrać, jednak powyższy argument w całości kasuje stwierdzenie, że jakby nie było, powieleń tych nie czuć – nie są one nachalne. Andromeda nie wygląda jak DLC do Mass Effect 3. Jest napisana od nowa, jednak korzysta ze starych i sprawdzonych schematów, dzięki którym czujemy się tu jak w domu.

To wciąż gra akcji z elementami RPG, gdzie znajdujemy niezliczoną ilość znajdek (tabletów, broni i innych „przydatnych śmieci”). Wciąż możemy awansować umiejętności własne, jak i kompanów z drużyny. Wciąż możemy rozstawiać ich po kątach (tzn. obstawiać nimi flanki), jednak zapomnijmy o zmienianiu im broni w trakcie walk (chociaż w sumie komu to było potrzebne?). Będziemy również zbierać surówce, sondując obce planety, a surówce te jak zawsze przydadzą nam się do ulepszania wyposażenia.

Jeśli chodzi o nasz kosmiczny prom, to Tempest nie budzi raczej skojarzeń z Normandią. Może jedynie z tą z ostatniego Mass Effecta. Jest bowiem zimny i nieco klaustrofobiczny. Odniosłam generalnie wrażenie, że gra jest zdecydowanie bardziej wywołująca poczucie zagubienia i niepewności niż poprzednie. Ale tak właśnie powinniśmy się czuć trafiając w nieznane, czyż nie?

 

Osiągnięto nowy poziom

Tym sloganem można również okrasić Andromedę. Tytuł jest bardziej dopieszczony względem poprzedniczek pod kątem ułatwień. Widać, że twórcy słuchali fanów, tworząc tę grę. Teraz możemy na przykład dużo przyjemniej przełączać się pomiędzy zadaniami pobocznymi i głównymi. Również plecak odrzutowy jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Ryder dostaje też wbudowany w omniklucz radar. Kiedy go używamy, sondując nowe znaleziska, zdobywamy dodatkowe punkty. Radar przyda nam się niejednokrotnie podczas namierzania jakiegoś celu w obrębie najbliższego otoczenia.

Ulepszono też podróżowanie między planetami. Nie znajdziemy tu już tego męczącego, spadającego poziomu paliwa, które trzeba było ciągle tankować, aby gdzieś dolecieć. Ponadto czeka nas też nieco inny system latania Tempestem, można by rzec – bardziej realistyczny. W ogóle wszystko jest w Andromedzie bardzo realistyczne (tak dalece oczywiście, jak pozwala na to grafika). Dla mnie, jako dla astronomicznego freaka, te wszystkie mgławice, czarne dziury i inne kosmiczne twory są ucztą dla duszy. Twórcy zasługują też na pochwałę związaną z umiejscowieniem mostka kapitańskiego. Ale tego nie da się opisać – to trzeba zobaczyć:

Miejsce, z którego dowodzimy kierunkiem lotów. Przy każdej planecie inne widoki do podziwiania.

Czterej kosmo-pancerni i…

Trylogia Mass Effect wyróżniała się spośród innych produkcji wieloma czynnikami. Jednym z nich było doborowe towarzystwo zgromadzone wokół Sheparda. Oczywiście, tak jak i poprzednio, tak i dziś znajdziemy towarzyszy pokroju Kaidana czy Jacoba, jednak zdecydowana większość ma swoją historię i odpowiedni temperament. A Peebee jest po prostu maskotką drużyny. Samodzielna, odważna, zabawna i zbuntowana. Jest całkowitym przeciwieństwem Liary, ale myślę, że zawładnie sercami graczy równie mocno jak badaczka T’Soni.

Będąc przy temacie serca – tym razem BioWare podeszło do tej sprawy trochę inaczej. Widać, że nie postawiono na równowagę w ilości dostępnych potencjalnych partnerów dla obojga Ryderów. Dodatkowo, nawet jeśli Ryder uderza do kogoś, kto jest „dostępny”, może on dostać kosza dlatego, że postać ta po prostu nie lubi Rydera za podejmowane przez niego decyzje. Tak więc nie wystarczy być już miłym i sympatycznym, aby skraść komuś serce. Postaci wydają się w Andromedzie bardziej niezależne, zróżnicowane i myślące. A może po prostu to urok Sheparda był na tyle silny, że nikt nie potrafił mu się oprzeć? Moja Ryder dostała kosza dwa razy w ciągu dwóch godzin. Auć.

… Nomad

Jeśli ktoś tęsknił za Mako z pierwszej części Mass Effect (naprawdę są tacy?), to z pewnością popłacze się ze szczęścia na sam widok Nomada. Faktycznie jest piękny, może przybierać różne skórki, ale wszystko to ginie w odmętach krogańskiej ubikacji w momencie, gdy zaczniemy nim jeździć. Jazda jest o lata świetlne przyjemniejsza niż wspomnianym Mako. Ponadto ma możliwość przełączenia się na napęd na 6 kół, co jest niezwykle przydatne przy stromych podjazdach. Nomad spisuje się świetnie nie tylko przy przemieszczaniu nas po planetach, ale także przy rozjeżdżaniu przeciwników. Zielona, rozbryzgująca krew Kettów sprawia, że aż chce się ich taranować.

Okropny stres, który towarzyszył mi w ostatnich dniach dotyczył właśnie Andromedy. A co, jeśli internauci mają racje i nowy Mass Effect to niewypał? Na szczęście każda kolejna minuta spędzona przy Andromedzie zostawia te nieprzychylne głosy w tyle. Owszem, w każdej produkcji można znaleźć minusy i niedociągnięcia w rozgrywce, ale w przypadku Andromedy wyszukiwanie ich to moim zdaniem czyste czepialstwo. Jestem pewna, że komandor Shepard nie wstydziłby się za załogę, która wyruszyła w kierunku Andromedy, szukając nowego domu. Właśnie dla takich ludzi walczył na śmierć i życie ze Żniwiarzami.

Andromeda łączy stare z nowym. Widać, a raczej słychać to nawet w soundtracku towarzyszącym grze. Niejednokrotnie zadumamy się nad tymi znajomymi, budzącymi wspomnienia tematami w utworach z Andromedy. Twórcy wyciągnęli wnioski z poprzednich produkcji i z odsłony na odsłonę serwują nam coraz przyjemniejszą rozgrywkę.

Oficjalnie ogłaszam, że Andromeda mnie nie zawiodła. Powiem więcej: w pełni zasłużyła, aby stanąć na półce chwały obok swych poprzedniczek. Nie będą się wstydziły jej towarzystwa.